Pewnie nie będę najbardziej ‘trendi’ blogerem pisząc o czymś tak staromodnym. Trudno. Czułem jednak że muszę to napisać i zamieścić na tym blogu. Obserwuję różnych ludzi, także tych szukających czegoś dla siebie w różnych metodach rozwoju osobistego i zbyt często mam wrażenie, że ta jedna sprawa jest totalnie zaniedbywana. Zbyt często widzę jak ludzie szukają jakichś ‘magicznych pigułek samorozwojowych’, ‘mega-najnowocześniejszych metod coachingowych’ i temu podobnych bajerów, kiedy tak naprawdę kompletnie nie mają wypracowanych podstaw do zdrowego rozwoju osobistego.
Miłość jest właśnie taką podstawą. Miłość rozumiem jako stan obejmującego całe nasze istnienie, bezwarunkowego ‘TAK’ dla kogoś lub czegoś. Miłość do siebie samego jest jak środowisko w naszym wnętrzu, niezbędne do tego, by to co najlepsze mogło się w nas rozwinąć. Szczerze mówiąc myślę, że w przypadku wielu ludzi gdyby ‘tylko’ autentycznie i głęboko pokochali oni siebie, to wiele praktyk coachingowych, terapeutycznych czy ‘samorozwojowych’ nie byłoby im już potrzebnych.
Jeśli dostaliśmy wiele miłości w dzieciństwie to już zazwyczaj mamy zdrowe podstawy do tworzenia dobrych relacji w życiu. Jeśli tak nie było, to przed nami jest ważna praca do wykonania – i niektórzy jej nie wykonują. Jakie są skutki takiego zaniedbania? Można wyróżnić ich wiele w różnych dziedzinach życia. Tutaj tylko zaznaczę najbardziej oczywiste możliwości.
W rozwoju osobistym – pewne metody mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc jeśli nie jesteśmy przygotowani do ich zastosowania. Kiedyś uczestniczyłem w zajęciach regresingu. Jest to raczej brutalna metoda terapeutyczna, polegająca na konfrontowaniu klienta z jego najgorszymi wspomnieniami. Czasem przypomina to wrzucenie człowieka w sam środek tego, co jest źródłem jego problemów – w najtrudniejsze, najbardziej wstydliwe i najbardziej traumatyczne wydarzenia z przeszłości. Dla osób stabilnych emocjonalnie, mających wysokie poczucie własnej wartości i osiągających już jakieś sukcesy w życiu, takie ‘katharsis’ może być oczyszczającym i uzdrawiającym doświadczeniem.
Jednak wyobraźcie sobie, że na takie warsztaty przychodzi młoda dziewczyna, która kompletnie nie radzi sobie ze swoim życiem, jest zżerana przez gigantyczne kompleksy, a w życiu osobistym otoczona przez ludzi wywierających na nią destruktywny wpływ. Podczas sesji widziałem, że zamiast budować ‘twardy grunt’ który by pozwolił jej wydostać się z emocjonalnego bagna, ona tylko coraz bardziej się w nim taplała i grzęzła. Zajęcia z regresingu to ostatnie miejsce gdzie powinna się udać w takiej sytuacji. Oczywiście poradziłem jej by najpierw popracowała nad sobą w inny sposób, a dopiero potem rozważyła sesje regresingu. I tu ważna uwaga – zrobiłem to ja, a nie prowadzący zajęcia. Wniosek – jeśli nie masz zdrowej samooceny to znajdą się tacy, którzy nie tylko zaaplikują Ci szkodliwą dla Ciebie ‘kurację’, ale jeszcze wezmą za to pieniądze.
W związkach damsko-męskich – brak miłości do siebie samego może sprawić, że staniesz się emocjonalnym żebrakiem. Masz (względne) szczęście, jeśli ‘ta osoba’ naprawdę Cię kocha i Ci to okazuje. Wtedy jesteś jak żebrak, którego ktoś zabrał do domu, nakarmił, wykąpał i opatrzył jego rany. Ale nadal jesteś żebrakiem. Nadal bez tej osoby będziesz pusty – i jeśli ona zniknie z Twojego życia to uświadomisz to sobie w bolesny sposób. Gorzej będzie, jeśli na swej drodze zwiążesz się z drugim ‘żebrakiem’. Czyli z człowiekiem który też nie może dawać miłości bo jej nie ma – i musi prosić o nią na zewnątrz. Wtedy mamy do czynienia z relacją współuzależnienia, zamkniętym kołem w którym jedno chce dostać od drugiego to czego żadne z nich nie ma. Są jeszcze gorsze scenariusze, w których z braku miłości ludzie godzą się na bardzo złe traktowanie, tylko dlatego że dostają choćby trochę uwagi drugiego człowieka. Nie chcę jednak tu robić przekroju wszystkich możliwych odmian tej sytuacji, ani wgłębiać się w zjawiska zbliżające się do patologii.
Oczywiście związki to skomplikowane zagadnienie i jest jakaś szansa że w osobie wchodzącej w taką relację, miłość zostanie obudzona i charakter tego związku się zmieni – nie chcę jednak tego tu dokładnie omawiać, a tylko zasygnalizować że w większości wypadków, nie mając uczucia w sobie – nie stworzymy niczego dobrego z drugą osobą. Zaznaczam, że to wszystko powyżej dotyczy sytuacji, w których szukamy w związkach miłości, bo oczywiście nie zawsze tak jest.
Ok. tak wygląda według mnie sytuacja wielu ludzi. Nie mają w swym wnętrzu miłości, a szukając jej na zewnątrz (przez związki, rozwój osobisty) czasem jeszcze pogarszają swój stan. Co dalej? Co zrobić, jeśli już sami zauważamy, że mamy w tej dziedzinie coś do poprawienia? Od razu uprzedzam, że nie podam łatwej recepty do zastosowania dla wszystkich. Są to sprawy niezwykle subtelne, trudno je przekazać słowami. Myślę że każdy musi to odnaleźć samodzielnie. Podam jednak dwie wskazówki które mogą pomóc.
Jeśli mamy choćby przebłysk tego, czym miłość jest, to możemy go wzmacniać poprzez medytację, aż stanie się stabilnym stanem, niezależnym od warunków zewnętrznych. Istotą tej praktyki jest bezwysiłkowe skupienie uwagi na uczuciu, które chcemy wzmocnić i utrzymywanie tego skupienia przez dłuższy czas (np. na początek od 20 minut, a później coraz dłużej do godziny). By osiągnąć trwałe efekty ważna jest regularność – jednorazową medytacją nie naprawimy lat złych doświadczeń. Możemy dodatkowo wspomóc naszą praktykę takimi popularnymi technikami jak:
- afirmacje czyli powtarzanie słów które będą wzbudzać w nas uczucie (np. „kocham Cię” patrząc w lustro)
- wizualizacje czyli wyobrażanie sobie miłości jako energii, która przepływa przez nasze ciało i wypełnia wszystkie jego komórki aż się nią nasycą
- czy metoda polegająca na tym, że patrzymy na siebie ‘oczami osoby która nas kocha’.
Wybieraj tą metodę którą najbardziej czujesz. Ja osobiście zazwyczaj preferowałem samą kontemplację czystego uczucia, bez żadnych ‘form’, ale wiem, że wielu osobom bardziej odpowiada jeśli mają jakieś ‘zmysłowe’ doświadczenia w takiej medytacji, szczególnie kiedy dopiero zaczynają. Kluczowe jest tu jednak wzbudzenie w sobie uczucia i skupienie się na nim przez dłuższy czas.
Życie wewnętrzne to jednak nie wszystko. Jeśli chcemy zbudować „zdrowe środowisko” w swoim wnętrzu, to potrzebujemy też zadbać o środowisko zewnętrzne. Jestem przeciwnikiem wszelkich ideologii mówiących, że jak dokonamy zmian w sobie, to automatycznie świat zewnętrzny zmieni się na lepsze. Choć jest w tym ziarno prawdy, to jednak pracując tylko nad swoim wnętrzem i licząc że zmiany na zewnątrz same się dokonają, można sobie zrobić dużą krzywdę. Dlatego równocześnie z pracą wewnętrzną powinno przyjść zastanowienie nad osobami które nas otaczają. Nie chodzi mi tu o to by tworzyć sobie ‘cieplarniane warunki’ w których wszyscy są milusińscy i ‘zawsze-pozytywni’, ale o to by wyeliminować osoby toksyczne. Jak można myśleć że możemy budować swoją osobowość wokół najlepszych uczuć i przejawiać najlepszą wersję siebie, jeśli na co dzień spędzamy większość czasu z ludźmi którzy wyrzucają na nas swoje emocjonalne pomyje? Nie można iść jednocześnie w lewą stronę i w prawą stronę. Albo idziesz w lewo albo idziesz w prawo. Zdecyduj się i wyznacz jasne granice, a jeśli nie będą ich przestrzegać, to nie dawaj im miejsca w Twoim cennym życiu.
To są dwie główne sprawy na które bym zwrócił uwagę na samym początku. Miłość do siebie można wypracować i każda chwila którą na to poświęcimy będzie chwilą dobrze wykorzystaną. Powyższy post w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu, a jest tylko bardzo ograniczonym wprowadzeniem do niego. Jeśli będziecie zainteresowani to jeszcze napiszę na ten temat, a tymczasem zapraszam do dyskusji w komentarzach.
bardzo fajny artykuł. Może jeszcze tylko dodam, że równie skutecznie wzmacnia się miłość (rozumianą wszelako) poprzez walkę z emocjami do niej przeciwnymi jak nienawiść, różnego rodzaju urazy, złość, obrzydzenie, zawiść, smutek.
Człowiek jest w trochę jak naczynie. W naczyniu pełnym nienawiści nie można wlać miłości. Kiedy na dobre wyleje się z niego nienawiść miłość z czasem pojawi się sama.
Dziękuję za pozytywną opinię
Co do wzmocnienia miłości poprzez ‘walkę z emocjami do niej przeciwnymi’ to widzę to inaczej niż Ty.
Emocje negatywne są dla mnie oznaką tego że coś jest nie tak, są jakby symptomem głębszej choroby która istnieje gdzieś w tle. Dają one cenne informacje o problemach które czasem są zepchnięte gdzieś w cień. Dlatego dla mnie sens ma ich zrozumienie i uleczenie sytuacji która je wywołuje a nie ‘walka’.
Co do metafory naczynia – w moim rozumieniu tam gdzie istnieje nienawiść, kiedyś istniała miłość. Więc oczywiście zgadzam się że nie istnieją one jednocześnie, ale rozwiązaniem nie jest proste ‘wylanie’ nienawiści, (które odbieram jako odrzucenie tego uczucia). Zdrowym rozwiązaniem według mnie jest znacznie bardziej wielowymiarowa praca obejmująca również uznanie tego, że to uczucie miało prawo się pojawić, (że tak powiem ‘miało swoją rację’). W takim ujęciu nienawiść może niejako sama zniknąć, bez mojej walki, po prostu dlatego że dojrzewam wewnętrznie. Jak powiedział pewien wschodni guru ‘kiedy znajdujesz diamenty, kamienie same wypadają Ci z rąk’.
Dominiku, między naszymi wypowiedziami nie na sprzeczności ;D widzisz to dokładnie tak samo jak ja.
Cieszę się
Wygląda na to że po prostu inaczej rozumiemy słowo ‘walka’.
“Czyli z człowiekiem który też nie może dawać miłości bo jej nie ma – i musi prosić o nią na zewnątrz. ” – próba spłycania, często są osoby które kochając potrafią zmienić drugą osobę, uaktywnić pewne cechy. to działa u ludzi z charakterem
ast, nie widzę związku logicznego między stwierdzeniem że pewni ludzie potrafią zmienić drugą osobę z jakąś ‘próbą spłycenia’. Możesz to jaśniej wyrazić?