Pamiętam była kiedyś taka bajka o szewczyku Dratewce. Szła mniej więcej tak: smok terroryzował królestwo. Szewczyk wiedział że smok rzuca się na wszystko co dawało się pożreć i to pożera. Trudno było pokonać smoka, bo rycerzy też pożerał. Szewczyk podsunął mu więc martwą owcę nafaszerowaną dynamitem. Smok ją pożarł i wybuchnął. Szewczyk dostał pół królestwa i rękę księżniczki – niezły deal za pół godziny pracy.

W dzisiejszym świecie dla niektórych ludzi media są takim smokiem. Co prawda nie pożerają, ale kształtują pogląd na świat całej masie ludzi. Podejrzewam, że Czytelnicy tego bloga są w znacznej mierze odporni na medialną chmurę informacyjną, ale cała masa ludzi nie jest. Można pomyśleć, że media w zasadzie każdą sprawę mogą przedstawić w dowolny sposób. I że my, działając w zasięgu ich zainteresowania jesteśmy zupełnie bezsilni wobec tego jak będą o nas pisać lub pokazywać i jak będą nas postrzegać ich „konsumenci”. I tak jest – wtedy gdy nie potrafimy posługiwać się nowoczesnym marketingiem.

Tak jednak być nie musi. Możemy rozegrać tę grę w dużej mierze na własnych warunkach. W tym 3-częściowym artykule przedstawiam trzy różne sytuacje w których to właśnie druga strona (aktor hollywoodzki, polityk i marketerzy niskobudżetowego filmu) „ogrywa” dziennikarzy.

Przypadek pierwszy.

Miejsce akcji: Hollywood.

Czas: początek roku 2009 – wrzesień 2010.

Joaquin Phoenix, uważany za jednego z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia (grał między innymi Commodusa w ”Gladiatorze” Ridleya Sootta) oświadcza, że kończy karierę w Hollywood i zamierza zostać raperem. Jednak najwyraźniej nie idzie mu to dobrze – wyglądało na to, że raczej stacza się w otchłań alkoholizmu i narkotyków. Pojawia się pijany lub naćpany w miejscach publicznych, w tym nawet w słynnym talk-show Davda Lettermana. Zapuszcza brodę, przywdziewa ciemne okulary i często sprawia wrażenie nieprzytomnego. Jak nietrudno się domyśleć nie nagrywa ani jednej raperskiej piosenki o wydaniu płyty nie wspominając. Co gorsza jego przyjaciel Casey Affleck oznajmia że nagra film dokumentalny rejestrujący upadek Phoenix’a.

Tak zaczęła powstawać produkcja „I’m still here” pokazująca Phoenixa w sytuacjach gdy się narkotyzował, upijał, kupował usługi prostytutek, wymiotował a nawet robił pod siebie… Przez cały ten czas jego stopniowe staczanie się było świetną pożywką dla brukowców. Krytycy i różnego rodzaju portale o celebrytach również miały o czym pisać. Cały Hollywood spisał go na straty.

Zwrot akcji pojawia się we wrześniu 2010 po premierze filmu na festiwalu w Wenecji. Zaraz po niej Phoenix i Affleck ujawniają, że cała sprawa była wielką mistyfikacją. Phoenix nawet pojawia się powtórnie u Lettermana, tym razem w wersji „zapiętej na ostatni guzik”. Cała akcja zyskuje miano „największego oszustwa w historii Hollywood.” Aktorzy chcieli pokazać, że ludzie uwierzą we wszystko co media im podadzą jako prawdę. Uzmysłowić odbiorcom medialnej papki, jak niezwykle łatwo daje się manipulować tym, co przechodzi przez środki masowego przekazu.

Ilu czytelników brukowców dozna nagłego przebudzenia? Tego nie wiem, ale na pewno obaj panowie pomogli swoim karierom. Mamy tu do czynienia z bardzo specyficznym przypadkiem personal brandingu. Specyficznym, bo Phoenix świadomie pogarszał swój wizerunek przez dłuższy czas – po to by następnie przekazać swoją wiadomość (a zapewne również i po to by zwrócić na siebie uwagę) ze znacznie większą siłą.

W następnej części przyjrzymy się mechanizmom działającym w marketingu ze świata polityki.

5.00 avg. rating (100% score) - 1 vote