Archives for Dominik Lipiński

Nie musimy być mistrzami świata – wywiad z Rafałem Agnieszczakiem

Rafał Agnieszczak jest twórcą jednego z najbardziej dochodowych polskich serwisów społecznościowych (Fotka.pl). Dwa lata temu powołał do życia pierwszą w Polsce szkołę startupów (StartupSchool.pl). Początkujący przedsiębiorcy mogą w niej nabywać doświadczenie tworząc przez okres wakacji pod jego okiem prawdziwe serwisy internetowe, które mają działać i zarabiać prawdziwe pieniądze. Rekrutacja do tegorocznej, trzeciej już edycji trwa do końca maja. W zeszłym tygodniu spotkałem się z Rafałem i rozmawialiśmy o branży internetowej, innowacjach i przedsiębiorczości.

Dominik: Opowiedz o idei StartupSchool.

Rafał: Kilka dni temu pojawiła się informacja, chyba na TechCrunch’u, (duży blog o startupach technologicznych) że ileś tam lat badań startupów dało wniosek, że najefektywniej robią je ludzie, którzy mają mniej niż 25 lat. Jak masz 30 lat to jesteś “stary dziad” i twoje szanse maleją. Ja po prostu to odkryłem trochę wcześniej. Ta teoria działa na moją niekorzyść, bo jestem w wieku 30 lat, ale właśnie w wielu dwudziestu kilku lat zakładałem biznes. Tworząc ‘Fotkę’ miałem 22 lata, chłopaki którzy stworzyli ‘Naszą Klasę’ mieli 22 – 23 lata. Cokolwiek innego się pojawiło, to było tworzone przez młodych ludzi.

Stąd bardzo wierzę w tworzenie startupów przez młode osoby. StartupSchool ma właśnie pomagać młodym (do 25 roku życia) osobom tworzyć startupy. Jest to konsekwencją mojego przekonania, że młode osoby mają największe prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu w biznesie internetowym.

D: Jak rozwijają się (lub nie) startupy z edycji 2009 i 2010? Czy zauważyłeś jakieś prawidłowości?

R: Ciągle aktualna jest teoria, że jeden na dziesięć startupów wychodzi. Za sukces uznajemy samodzielną spółkę z o.o. działającą już bez naszej pomocy. Była jedna taka spółka w 2009 i jedna w 2010 roku. Czyli ten plan minimum jest zrobiony. Chcemy tę średnią podwyższyć, tak by dwa, trzy biznesy były sukcesem. Opcjonalnie jeśli nawet by dany biznes nie wyszedł, to aby ludzie, którzy go z nami tworzyli założyli inny biznes i by on im wyszedł. To nie jest kwestia tego, że my musimy osiągnąć sukces w tym projekcie, którzy realizujemy na StartupSchool. Najważniejsze jest by ludzie, którzy stali za tym projektem odnieśli sukces – nawet przy innym serwisie.

Teraz jest modne słowo – ‘pivotowanie’, czyli dokonywanie radykalnej zmiany kierunku. Na przykład – robisz jakiś biznes i stwierdzasz, że ci nie wychodzi to starasz się robić go inaczej, odwrócić go do góry nogami – może wtedy ci wyjdzie. Liczymy na to, że ci którzy nie osiągną sukcesu z danym produktem na StartupSchool, nie stracą wiary w biznes internetowy i własne umiejętności, tylko będą robić inne projekty. No i być może w końcu osiągną sukces.

D: Jak zmieniała i będzie się zmieniać formuła projektu? Jak będzie wyglądać StartupSchool 2011 w porównaniu z edycją 2009?

R: Formułę zmienialiśmy na podstawie wniosków z  bieżącej pracy nad startupami. Pierwsza rzecz jaką sobie uświadomiliśmy, to że musimy mieć ostrzejsze sito jeśli chodzi o rekrutację ludzi. Okazywało się że zwyczajna rozmowa kwalifikacyjna to za mało, żeby wybrać dobrą osobę. Że musimy tę osobę naprawdę mocno przemaglować i że nie możemy się tylko skupiać na umiejętnościach ‘twardych’ (jak umiejętności programowania, czy znajomość metod marketingowych). Dużo ważniejsze jest to, jaki jest stosunek tego człowieka do biznesu internetowego, na ile on ma ‘drive’ by to robić, na ile jest zmotywowany. Czy dostarcza rezultaty, czy tylko ma gładkie gadki, dużo gada, a mało robi. Bo takie osoby też się zdarzają. Więc największą zmianą jest to, że obecnie bardzo mocno filtrujemy te osoby.

Ciągle dostajemy pomysły, które są kiepskie i kompletnie nie mają racji bytu. Ludzie którzy je wymyślili uważają niestety, że to są genialne pomysły. My staramy się tym osobom ten pomysł zmienić, lub dać im swój pomysł. Więc druga zmiana jest taka, że w obecnej edycji jest 10 projektów, które my sugerujemy jako sensowny zakres tematyczny. Nie chcemy sobie pozwolić na sytuację, w której ktoś jest w miarę OK, ale przychodzi do nas  ze słabym pomysłem i odpada. Bo jakkolwiek trudna byłaby droga do sukcesu w danym startupie, to jeśli na końcu jest sukces, to wszyscy są zadowoleni. Natomiast jeśli jest fajnie, bo ktoś pracuje przy swoim projekcie, ale na końcu nie ma sukcesu, to on i tak nie będzie zadowolony z tych dwóch miesięcy.

Trzecia, najbardziej prozaiczna zmiana jest taka, że w poprzednich latach Startup School trwał trzy miesiące, a w tym roku sprężamy się i chcemy to zrobić w dwa miesiące, tak by nie zabierać ludziom całych wakacji.

D: Powiedziałeś że jest ta zasada że 9 na 10 startupów upada. Jak myślisz jakie są przyczyny?

R: Przyczyny są takie, że to nie jest piekarnia. Piekarnia to podobno jeden z najbezpieczniejszych biznesów. Ludzie jedli chleb i będą jedli chleb. Więc wystarczy dobra lokalizacja, w której nie ma na przeciwko innego sklepu z pieczywem i ten biznes będzie nam w miarę wychodził. Natomiast w biznesie internetowym tworzymy coś czego wcześniej nie było, więc jest to biznes mocno ryzykowny. Nikt wcześniej nie myślał, że można zrobić wyszukiwanie w Internecie, nikt wcześniej nie myślał, że można zrobić video w Internecie, przecież potrzebne są ogromne łącza i tak dalej… Więc jest to odkrywanie nowych rzeczy i dlatego to często się nie udaje.

Prosty przykład – zakupy grupowe, które teraz są hitem. Groupon to jest najszybciej rosnąca firma ‘ever’, nie tylko wśród firm internetowych. Wcześniej byli już ludzie, którzy próbowali coś takiego robić. W Polsce był serwis, który nazywał się ‘Kumulator’. Idea była taka, że zbierze się 20 ludzi, którzy chcą kupić dany sprzęt, to oni wtedy złożą zamówienie grupowe i to kupią. Tylko tam były dwa fundamentalne problemy. Po pierwsze sprzedawali towary, a nie usługi. A to na usługach dużo łatwiej jest zbić cenę, nawet o 50%. Na laptopie nie zbijesz ceny o 50%. A druga różnica, to że na Grouponie dzisiaj jest oferta i dzisiaj możesz kupić. A w tamtym serwisie musiałeś poczekać, aż się zbierze 20 osób. No a jeszcze mogło się okazać, że nie zebrało się tyle osób. Ale ktoś w końcu znalazł tę magiczną formułę i to zrobił właściwie.

Musi być kilku którzy spalą pomysł testując go i w końcu któryś z kolei zrobi to właściwie. Tych dziewięć startupów to są ci kamikadze którzy giną w walce, a do skarbca z pieniędzmi dociera ten jeden, co zrobi to właściwie.

D: Z Twoich obserwacji, jakie błędy popełniają najczęściej osoby zakładające startup? Jakich cech osobowości i umiejętności im brakuje?

R: Pierwszy błąd jaki popełniają ludzie zakładający startup jest taki, że uważają swój pomysł za genialny.  Do nas przychodzą często ludzie nieprzygotowani, którzy nie wiedzą, że już od pięciu lat jest taki serwis,  który oni teraz chcą robić. Nie mają wiedzy o tym, za co zamierzają się wziąć i przez to porywają się z motyką na księżyc. Nikt kto chciałby działać w branży obuwniczej nie mówi „Będziemy robić buty z foli używanej do produkcji reklamówek. Będą wodoodporne i lekkie”. A w branży internetowej ludzie przychodzą z tego rodzaju pomysłami i są święcie przekonani, że to jest świetny pomysł. Oni naprawdę próbują robić startup na tym poziomie absurdu. Więc pierwsza sprawa, to że pomysły są często jałowe i nieprzemyślane.

Drugi problem jest taki, że ludzie mają za dużo pomysłów. Jak mają ich dużo, to nie skupiają się na jednym i żaden z nich nie jest kluczowy. Skoro 5 minut zajęło im wymyślenie pomysłu, to potem nie traktują go poważnie. Potem łatwo porzucają te pomysły. Czasem idea jest właściwa, tylko sposób realizacji jest kiepski. Wtedy trzeba po prostu zrobić taki serwis inaczej. Tak jak z zakupami grupowymi – jeśli ‘Kumulator’ nie działał to trzeba było drążyć, kombinować, próbować z innej strony. A wielu uznaje, że wystarczy zrobić serwis i wrzucić go do sieci. Prawdziwa praca zaczyna się natomiast w dniu uruchomienia danego biznesu, a niektórzy myślą, że ona wtedy się kończy.

Trzecia rzecz – są ludzie, którzy po prostu nie mają drygu do przedsiębiorczości. Ci ludzie w open-space’ach w centrach biznesowych na Mokotowie skądś się biorą. To są po prostu ludzie którzy uznali, że oni nie chcą być szefami. Oni chcą mieć ciepłą posadę, kilka tysięcy miesięcznie, Astrę z kratką w garażu i mieszkanie na Tarchominie w kredycie. To jest ‘good enough’ dla nich. Oni nie chcą ryzykować swojego majątku, nie chcą spać niespokojnie bo przelew nie przyszedł, stresować się bo ktoś im nie zapłacił w terminie i tak dalej… Oni chcą spokojnie żyć. I wśród startupowców też są ludzie, którzy nie są genetycznie stworzeni do biznesu. Oni na początku idealistycznie myślą, że każdy może być przedsiębiorcą, ale okazuje się że nie każdy.

By być przedsiębiorcą trzeba znać się na tysiącu rzeczy: na sprzedaży, i na rekrutacji, i na negocjacjach, i na fakturach, i na ksiegowości, i na zarządzaniu ludźmi, i na windykacji, i na marketingu… Więc są ludzie, którzy wolą przekładać papierki z lewej na prawą. Ktoś, komu jest dobrze z przekładaniem papierków nigdy się nie odnajdzie w byciu przedsiębiorcą.

D: Czego Ty się nauczyłeś w ciągu tych 2 ostatnich lat, co Tobie dała realizacja tych projektów?

R: Dało mi satysfakcję, że komuś pomogłem stworzyć biznes. Mało osób ma samozaparcie by zrobić to samemu, więc czasem trzeba kogoś, kto ich do tego popchnie. Zakładam, że kilka osób zajęło się biznesem internetowym zamiast iść do jakiejś korporacji dlatego, że trafiło tutaj i że popchnęliśmy je do przodu.

Utwierdziłem się też w przekonaniu, że ja już pewnych rzeczy nie potrafię robić. Ja już coś wiem i zakładam, że jest pewien sposób realizacji czegoś. A młody człowiek tego nie wie i on po prostu robi jak mu się wydaje, czasem z błędem, ale dzięki temu wpada na dobry pomysł. Sama wiedza o tym, że czegoś się nie da zrobić nas blokuje. Więc czasem wystarczy znaleźć kogoś, kto tego nie wie i kazać mu to zrobić. I on to zrobi. Problem ze mną jest taki, że ja już niby wiem jak coś się robi, więc nie eksperymentuję tak jak kilka lat temu.

D: Jakie wskazówki dałbyś ludziom myślącym o założeniu startupu samodzielnie?

R: Pierwsza zasada, to że trzeba robić to, na czym się choć trochę znamy, z czym mamy jakiś kontakt, gdzie mamy jakieś znajomości i punkt zaczepienia. Jeśli tę naszą pasję i wiedzę będziemy w Internecie jakoś realizować, to wcześniej czy później biznes czyli pieniądze do tego dołączą. Jeśli byłbym zapalonym akwarystą i w 2005 czy nawet 2008 roku założyłbym forum dla akwarystów i pisałbym artykuły, wrzucał zdjęcia, znajdował ciekawe informacje… po prostu robiłbym to co mnie cieszy, to w końcu ludzie by zauważyli, że ja robię dobre rzeczy i zaczęliby do mnie przychodzić, komentować, pytać, dyskutować… Jeśli by się po dwóch latach okazało, że na moim forum jest 100.000 osób, a jest to realne, to ja na tej bazie jestem już w stanie zrobić całkiem nieźle prosperujący biznes. Ponieważ każda z tych osób mogłaby każdego miesiąca zostawić u mnie po ok 50 zł (pewnie wykazuję się tutaj sporym dyletanctwem w kwestii akwarystyki, ale zakładałam, że utrzymanie akwarium to koszt kilkudziesięciu złotych miesięcznie). Po co ja mam dawać reklamę jakiegoś sklepu, skoro mogę sam zrobić przy tym forum se-sklep i te wszystkie karmy i roślinki będą do kupienia u mnie? Mam grupę potencjalnych klientów którzy wiedzą, że ja się na tym znam. Więc na takiej bazie jak forum dla ludzi interesujących się rybkami, można zrobić biznes, który będzie zarabiał setki tysięcy złotych.

To zwykle nie jest tak, że siedzisz sobie w fotelu i nagle ci przychodzi pomysł „zrobię sklep!”. To przychodzi stopniowo, naturalnie staje się to biznesem. Najpierw zamieszczasz pierwsze reklamy, potem ktoś mówi „A może zamiast stałej opłaty za reklamę, ja Ci będę płacił jak ktoś zamówi przez Twoją stronę?”, a potem myślisz „Jak ludzie to zamawiają, to może ja sam sprowadzę trochę tej karmy z zagranicy i sam sprzedam kolegom z forum?”. I w ten sposób, tydzień po tygodniu to rozwijasz, aż okazuje się że zrobiłeś sklep.

Duga ważna sprawa, to żeby mieć w głowie podstawy ekonomii. Każda złotówka którą wydajemy musi się zwrócić. Im szybciej się zwróci, tym lepszy biznes. Ludzie czasem zakładają, że jak wrzucą jakąś górę pieniędzy, to ona na pewno wypłynie powiększona. Ale nie zawsze tak jest. Czasem ludzie przeinwestują, w stosunku do tego, co mogą z tego zyskać. Robią wypasiony sklep z marmurowymi ladami, ale sprzedaż w tym sklepie jest tak niewielka, że to im się zwróci może za 10 lat. Więc lepiej jest zaczynać z używaną ladą, którą kupiliśmy na Allegro. Poczekać aż ona się zwróci i wtedy dopiero kupić lepszą ladę. Jak ona się zwróci, to dopiero odmalować cały sklep, i tak dalej. Trzeba planować biznes w skali na jaką nas stać, w skali która ma uzasadnienie ekonomiczne, a nie na zasadzie ‘ile mam pieniędzy, tyle wydam’.

Kolejna rzecz, to żebyśmy nie mylili marketingu z reklamą. Dla 90% ludzi marketing równa się reklama. I takim ludziom powinno się wbijać do dowodu “Niezdolny do prowadzenia binesu” ;) . Marketing nie polega tylko na reklamowaniu. Marketing to, czysto książkowo, cztery “P”, czyli również Product, Price, i Place, a nie samo Promotion. Więc okrojenie tego do tylko jednego “P”, sprawi, że prawdopodobnie nie osiągniemy sukcesu. Co z tego, że wydamy dużo na promocję, jak nasz produkt będzie kiepski, jak nasza dystrybucja będzie słaba, a cena niedostosowana do możliwości nabywczych?

Nie można robić biznesu nie mając szerszej perspektywy. Dzisiejsza branża internetowa jest na tyle szybka, że jak ktoś będzie popełniał błędy, to wszyscy inni go wyprzedzą. To jest jak bieg z przeszkodami – trzeba patrzeć na błędy innych. Jak biegniesz na torze z przeszkodami i się wywrócisz, to zanim wstaniesz i otrzepiesz kolanka to wszyscy będą daleko i już ich nie dogonisz. Nie możesz popełniać błędów i liczyć, że będziesz pierwszy na mecie. Na szczęście w Internecie jest duża przejrzystość – możemy zostać klientem Amazon’a i zobaczyć jak wygląda proces zakupowy. Nie musimy tego wymyślać od zera.

Ale to dotyczy wyłącznie rzeczy dookoła produktu. Natomiast sam nasz produkt powinien być dużo lepszy niż konkurencja bo to tworzy przewagę.  Taki iPhone to jest dobry produkt. Ale zwróćmy uwagę, że w Apple nie szukają innowacji na poziomie logistyki, zarządzania ludźmi czy rekrutacji. Pewne rzeczy są stałe niezależnie od branży. Pozycjonowanie jest stałe, nie trzeba go wymyślać, to że powinien być dobry design jest stałe, nie musimy tu nic wymyślać. Skupmy się na produkcie i tutaj szukajmy innowacji. I tylko tutaj możemy popełniać błędy zbierając doświadczenia. Ale nie robimy innowacji na poziomie bezpieczeństwa serwisu. Więc innowacje zostawmy na poziomie produktu, a w pozostałych sprawach opierajmy się na dostępnej wiedzy. Większość skupia się tylko na tym, na czym się zna, a resztę odrzuca, albo myśli „zrobię tak jak uważam”, nie wiedząc, że robi coś na 5% możliwości. Design, marketing internetowy, pozycjonowanie, e-PR – to są rzeczy które już wymyślono. Trzeba je po prostu dobrze wykonać.

Pamiętajmy też, że nie musimy być koniecznie mistrzami świata. Może być na przykład dziesięciu sprzedawców damskich torebek w tym kraju i każdy zarobi. Bądźmy dobrymi, przyzwoitymi rzemieślnikami i będziemy mieli dobry biznes. Nie będziemy tak dobrzy w PR’e jak agencja PR’owa, ani nie będziemy tak dobrzy w SEO jak firma pozycjonerska. Ale musimy być ‘good enough’ w każdej z tych dziedzin, musimy osiągnąć poziom ‘przyzwoitości’. To, wbrew pozorom, nie jest aż takie trudne. Wystarczy wystrzegać się paru rzeczy: nie brnąć tam, gdzie nie widać perspektyw, robić kompleksowo to co jest potrzebne w biznesie internetowym, czyli nie traktować marketingu jako wyłącznie reklamy, nie traktować naszego biznesu jako wyłącznie produktu itd. Tam gdzie nie wiemy i nie umiemy sobie poradzić  zlećmy to innym.  Z drugiej strony trzeba też znać się wystarczająco “na wszytkim” aby móc pewne rzeczy skontrolować. Reasumując trzeba być po prostu dobrym organizatorem. I po roku lub dwóch widać będzie czy się do tego nadajemy czy nie.

D: Dziękuję za rozmowę.

R: Dziękuję.

Pułapka Pewności Siebie

Poznaliście kiedyś pewnego siebie idiotę? Skądś mam wrażenie, że znam odpowiedź na to pytanie… Tak naprawdę, jeśli przypomnicie sobie idiotów jakich spotkaliście w życiu, to całkiem możliwe, że wielu z nich było pewnymi siebie. Jest jakiś związek pomiędzy głupotą, a pewnością siebie. Co oczywiście NIE znaczy, że ludzie pewni siebie są przez to głupsi. Ale myślę, że elementem głupoty jest pewne jednowymiarowe postrzeganie rzeczywistości, które przejawia się jako pewność co do swoich przekonań. W tym ‘jednowymiarowym postrzeganiu rzeczywistości’ zawiera się cała masa różnych popularnych błędów poznawczych, jak na przykład wnioskowanie o całości na podstawie jednego przypadku (‘znam grubego Amerykanina, więc Amerykanie są grubi’) i wiele innych.

Dlaczego o tym piszę? Bo w środowisku osób uważających, że zajmują się rozwojem osobistym, pewność siebie jest wyznaczana jako CEL sam w sobie i jako wielka wartość. I uważam że to błąd.

Jest taka opinia, że cechą ludzi charyzmatycznych jest mówienie w taki sposób, jakby święcie wierzyli w każde swoje słowo. Może jest to coś, co może pewien rodzaj charyzmy wywołać i zadziałać na pewne osoby.  Co jednak się stanie, kiedy znam FAKTY, które całkowicie przeczą temu co taka ‘charyzmatyczna’ osoba mówi? Jej wiarygodność spada w moich oczach do zera. Od tej chwili WSZYSTKO co ona mówi, będę traktował w kategoriach ‘może-być-zupełnie-odwrotnie’. Dlatego taka strategia budowania charyzmy ma bardzo krótkie nogi.

Stawianie sobie pewności siebie jako głównego celu i realizowanie go w oderwaniu od innych wartości może doprowadzić do drastycznego pogorszenia naszego wizerunku w oczach innych. Jeśli ktoś mówi coś o czym wiem, że nie jest prawdą, ale mówi to normalnym tonem, to ok. po prostu się myli – każdemu może się zdążyć. Ale jeśli mówi to samo tonem absolutnej pewności siebie… to niestety jego wiarygodność po prostu nie istnieje.

Ok., no to co w zamian? To, co sugeruję to budowanie poczucia własnej wartości, rozumianego jako uczucie pewności swojej wartości jako istoty ludzkiej. Pewności swojej wartości, która jest niezależna od tego, ile mamy pieniędzy na koncie, jakie mamy (lub nie) osiągnięcia i od innych rzeczy zewnętrznych. Taka pewność jest czymś co pojawia się W SERCU, a nie w umyśle i co odczuwa się jako istniejące na najbardziej podstawowym, głębokim poziomie naszego istnienia. I tutaj ważne jest słowo ‘uczucie’ – to o czym mówię nie ma wiele wspólnego z intelektem i nie napędza ‘wiary że mam rację’. Mając to poczucie własnej wartości, mogę w dowolnej kwestii powiedzieć „nie wiem” albo „myliłem się” i ono nie jest w żaden sposób naruszone.

Temat jest mniej popularny niż pewność siebie chyba dlatego, że wymaga głębszego wejścia w siebie i pracy nad tym co jest (również nad tym, by autentycznie pokochać siebie), a nie tworzeniem ładnych wyobrażeń i mechanicznym ‘tłuczeniem’ prostych ‘enelpowskich’ technik. Jak zawsze jednak, od tego ile pracy włożymy i jakiej jakości będzie to praca, zależy też to jakie rezultaty ostatecznie osiągniemy.

Jak mówisz?

Uwaga – dziś będę straszliwie upraszczał i jechał stereotypami. Jeśli  jesteś wrażliwy na takie rzeczy, czytaj na własną odpowiedzialność.  Zachęciłem Cię już wystarczająco? Ok, zaczynajmy. Patrząc na to ile i w jaki sposób różni ludzie mówią, możemy podzielić ich na trzy główne grupy.

Pierwsza grupa – bardzo dużo mówią i przekazują bardzo mało treści. Mówią z głowy a nie z serca. Nawet po krótkiej rozmowie można wręcz prawie fizycznie poczuć chaos i samo-nakręcający się jazgot umysłu takiej osoby. Często nie odróżniają własnych wyobrażeń od rzeczywistości. To co mówią często, jest wyolbrzymione lub nieprawdziwe i łatwo odnieść wrażenie że nie kontrolują tego co mówią. Coś co jest w środku ich umysłu zmusza ich do mówienia.

Druga grupa - mówią mniej ale przekazują więcej treści. Treść ta jednak jest przeciętnej jakości. Nie jest zniekształcona lub nieprawdziwa, jak często bywa w przypadku pierwszej grupy, ale nie jest też tak że mówią rzeczy poruszające serce lub inspirujące innych. To najczęściej spotykana grupa, należy do niej większość populacji. To tak zwani ‘normalni ludzie’.

Trzecia grupa – mówią mało, przekazując dużo treści. Potrafią w kilku słowach wyrazić głębokie uczucia lub klarowne myśli, które od razu rozjaśniają umysł słuchacza. Kiedy mówią, to ludzie wiedzą że ‘tak’ oznacza ‘tak’, a ‘nie’ oznacza ‘nie’. Mówią wtedy, kiedy mają coś do powiedzenia i czuć, że to co mówią płynie z serca. Zdarza się, że to co mówią zmienia życie innych na lepsze i  to nie tylko po długich i głębokich rozmowach. Nawet przejście się na spacer i porozmawianie z kimś takim na luzie dwadzieścia minut może wiele wnieść w życie rozmówcy. Tacy ludzie są nazywani charyzmatycznymi.

Oczywiście ten podział jest nieco sztuczny. Są to pewne uogólnienia, które nie w pełni pokrywają się z rzeczywistością. Jednak nawet takie uogólnienia bywają przydatne – niektórzy ludzie pasują do którejś z tych kategorii jak ulał i wczesne uświadomienie sobie tego może sprawić, że zaoszczędzimy mnóstwo czasu który pochłonęłaby osoba z grupy pierwszej, lub wykorzystamy możliwość nawiązania bliższej relacji z osobą z grupy trzeciej. Na koniec kilka pytań do przemyślenia.

Z ludźmi z której z grupy chciałbyś spędzać najwięcej czasu?

Z ludźmi z której z grupy chciałbyś budować biznes?

Do której grupy sam należysz?

Mit dominującego samca

„Samiec alfa to samiec dominujący w stadzie. Ma on pierwszeństwo w dostępie do wszelkich zasobów, (jak jedzenie) i kontroluje co dzieje się w grupie. Dzięki tej silnej pozycji również samice silnie do niego lgną, więc też może mieć ich wiele i to bez specjalnego wysiłku. My nauczymy cię jak być takim samcem w świecie ludzi.” Mniej więcej coś takiego mówi potencjalnym klientom wielu trenerów prowadzących szkolenia oparte o wzór dominującego samca. Występuje to głównie w światku szkoleń uwodzenia, ale ma też miejsce w treningach komunikacyjnych dla środowisk biznesowych.

Generalnie ma to sens  – wielu mężczyzn zatraciło gdzieś pierwotną męską siłę i sięgnięcie do takiego prymitywnego, zwierzęcego wzoru może być świetnym posunięciem dla rozwoju ich osobowości. To co chciałbym zaznaczyć, to że taki rozwój warto uzupełnić budowaniem innych cech. W przeciwnym wypadku może być tak, że nawet potrafiąc kierować grupą nie będziemy kierować nią mądrze i nawet przyciągając kobiety nie będziemy z kontaktów z nimi mieć tak głębokiej i wielowymiarowej radości jaką mogą nam dawać.

Chciałbym również uświadomić wszystkim zainteresowanym, że w świecie zwierząt sytuacja w której jest ‘samiec alfa’, który rządzi wszystkimi i kopuluje z kim chce wcale nie jest częsta. Przyjrzyjmy się jak to wygląda u małp. Małpy tworzą sześć podstawowych struktur społecznych. Z pośród tych sześciu struktur, w dwóch z nich pojawia się postać, którą na pierwszy rzut oka można by określić jako ‘samiec alfa’. Dwie na sześć to jedna trzecia, czyli można by powiedzieć – całkiem często. Przyjrzyjmy się jednak jak to wygląda z bliska.

Pierwszym modelem, który z pozoru najbardziej by pasował jest tzw: ‘one-male-several-female group’ czyli grupa w której jeden samiec współżyje z kilkoma samicami, które to nie mają innych partnerów. Ten model występuje na przykład wśród dżelad i pawianów płaszczowych. Pozornie jest to wzorcowa sytuacja samca alfa – jednak jest w tym pewien haczyk i to poważny. W takich strukturach bowiem często to samice kontrolują grupę (pomimo że samce są większe i silniejsze). Spokrewnione samice (np. siostry) razem wybierają samca który stanie się ich partnerem – pierwszeństwo mają osobniki najbardziej nastawione na współpracę (a nie dominujące). Taki samiec też może zostać zastąpiony i to grupa samic stanowi rdzeń struktury społecznej.

Strukturą w której rzeczywiście możemy zaobserwować ‘alpha male’ jest tzw: ‘multimale-multifemale group’ czyli stado w którym występuje wiele samców i wiele samic – na przykład wśród makaków i pawianów. W takich stadach kształtuje się hierarchia dominacji i rzeczywiście dominujące samce mają więcej partnerek niż te niżej w hierarchii. Na pierwszy rzut oka wygląda to więc jakby samiec alfa miał „swój mały harem”. Jednak jest pewno ‘ale’ które znacząco zmienia postać rzeczy – młodsze samice często wykradają się, by potajemnie kopulować z samcami stojącymi niżej w hierarchii. Najwyraźniej coś z nimi jest nie tak, chyba nie czytały materiałów ‘guru uwodzenia’ – powinny wiedzieć że samice przyciągane są tylko do Dominujących Samców Alfa ;-) Nie chcę tu nad-interpretować bo nie jestem specjalistą od zachowania małp. Ale przyszła mi nawet do głowy myśl, że te samice traktują alfę jako ‘dostarczyciela’ bezpieczeństwa i pozycji, a seksu szukają gdzie indziej.

Oczywiście ‘stereotypowy samiec alfa’ również pojawia się w przyrodzie. Na przykład jeśli wspomniane wcześniej pawiany płaszczowe żyją na otwartych terenach, gdzie muszą stawiać czoła zewnętrznym zagrożeniom (drapieżnikom) to samce (w innych warunkach kooperatywne) przyjmują rolę dominującą. Również wśród goryli samce są dominujące i współżyją z kilkoma samicami – pomimo braku zagrożeń.

Chcę wyraźnie podkreślić, że każdego kto zajmuje się rozwojem osobistym gorąco zachęcam do rozwijania umiejętności obejmowania przywództwa nad grupami (różnymi grupami w różnych sytuacjach), kierowania rozmową i bycia dla innych liderem w szeroko pojętym kontekście życiowym. Dotyczy to w takim samym stopniu kobiet jak mężczyzn. Dla mężczyzn również uważam że wykształcenie w pewnym stopniu cech ‘dominującego samca’ jest bardzo dobrym elementem takiego rozwoju. Celem tego artykułu jest jedynie pokazanie, że w świecie zwierząt, do którego tak wielu trenerów się odwołuje, wiele sytuacji wygląda z bliska zupełnie inaczej niż oni przedstawiają. Mam nadzieję że będzie to również bodźcem do refleksji nad tym, jak pokierować swym rozwojem by nie być ‘pawianem alfa’ zdradzanym z ‘pawianem beta’.

Efekt raju utraconego, stagnacja w NLP i sposób na nieśmiałość – wywiad z Arturem Królem

W ostatni piątek spotkałem się z Arturem Królem – coachem specjalizującym się w pracy z osobami cierpiącymi na nieśmiałość, oraz w ‘odkochaniu’. Artur jest znany jako krytyk mitów panujących w środowiskach rozwoju osobistego i pomyślałem, że dla wielu z Was prezentowane przez niego podejście może wnieść świeże spojrzenie na kilka spraw. Rozmawialiśmy o ezoteryce, zmianach w NLP, książce ‘Sekret’ i paru innych popularnych tematach. Endżoj ;-)

Dominik: O ile się orientuję, to kiedy zaczynałeś karierę w coachingu, byłeś silnie zorientowany na NLP. Co było nie tak z programowaniem neurolingwistycznym, że zdecydowałeś się stworzyć nową metodologię którą nazwałeś Beyond NLP? Czym ta Twoja metoda się odróżnia od starego NLP?

Artur: Klasyczne NLP nie jest złe jako takie. Ono było bardzo cenne, tylko powstało w latach 70’tych i w zasadzie od tego czasu nie poszło za bardzo do przodu. W latach 80’tych takim jednym dużym skokiem było odkrycie submodalności (także w porównaniu do ówczesnej wiedzy neurologicznej). Były pojedyncze osoby które wprowadzały dobre narzędzia, ale te metody rzadko przechodziły do mainstreamowego NLP, rzadko pojawiały się na ‘praktyku’ (podstawowe szkolenie NLP) lub ‘masterze’ (zaawansowane szkolenie NLP) innych trenerów.

Główna zmiana jaka zaszła na szkoleniach ‘praktyka’ też nie była spowodowana rozwojem NLP, a czymś innym. Bandler (jeden z twórców NLP) się w pewnym momencie wkurzył tym, że ludzie zabierają jego pomysły i publikują jako własne. To było przyczyną zmiany ‘praktyka’ z tego z otwartym omawianiem różnych zagadnień na takiego z instalacjami (gdzie trener opowiada historyjki, które mają działać poza świadomością uczestników, ‘instalując’ im pożyteczne przekonania).

Od tego czasu brakuje takiego konkretnego rozwoju. Równocześnie psychologia i neurologia ruszyły mocno do przodu. Neurologia głównie w latach 90’tych posunęła się o całe mile naprzód z wynalezieniem wielu różnych metod obrazowania pracy mózgu. Równocześnie pewne teorie NLP zostały zbadane eksperymentalnie  – jeszcze zbyt słabo by na 100% powiedzieć czy działają czy nie działają, ale wystarczająco by dać wskazówki że ‘to raczej tak, a to raczej nie’.

NLP nie za bardzo zostało przez te badania zmienione. Po prostu nie było żadnej reakcji na nie. Wczoraj zetknąłem się  bardzo ciekawym i trafnym porównaniem. Leonardo da Vinci był geniuszem ale pracował sam. Kiedy jego odkrycia wyszły na jaw, to one nie były już niczym nowym – i przez to w żaden sposób nie przyczyniły się do rozwoju ludzkiej wiedzy. Tymczasem Einstein kontaktował się z innymi badaczami i pracował w środowisku naukowym, a nie w izolacji – i on bardzo się przyczynił do rozwoju wiedzy. Więc nawet gdyby NLP było idealne (a nie jest) to ta izolacja jest jego problemem.

Drugą przyczyną była obserwacja którą wyniosłem ze spotkań z ludźmi którzy byli po szkoleniach NLP. Pytałem ich czego im brakowało, co zadziałało, co nie zadziałało… Często po szkoleniach ludzie albo w ogóle nie ćwiczą, albo używają tych metod w sposób bardzo nienaturalny. Chodzi to rzeczy w  stylu „Czy już chce pan podpisać umowę, czy podpisze pan za chwilę?” Jest to coś, co tak naprawdę niszczy tą metodę. Tego typu techniki powinny być dodatkiem, a nie główną rzeczą, której się uczy. I w oparciu też o te obserwacje zbudowałem swój program.

To, co jest nowego w Beyond NLP to przede wszystkim wykorzystanie aktualnej wiedzy o mózgu i obecnej wiedzy psychologicznej o tym, jak funkcjonują ludzie. Na przykład taką zupełnie nową rzeczą jest nauka nawiązywania ‘rapportu’ (dobrego kontaktu z drugim człowiekiem) poprzez gry statusowe. W każdej sytuacji wysyłamy sygnały statusowe mówiące kto jest wyżej, a kto niżej – i jest to świetne narzędzie do budowania kontaktu. Inna jeszcze rzecz to nauka warunkowania, a nie tylko kotwiczenia (czyli programowania konkretnej reakcji na konkretny bodziec, na przykład poczucia pewności siebie na jakiś gest dłoni, który można wykonać w dowolnej sytuacji). Warunkowanie w przeciwieństwie do kotwiczenia jest długoterminowe i przez to też może być skuteczniejsze, bo nie trzeba dawać takiego silnego bodźca. Dodałem też ‘Model Wczorajszego Umysłu’ czyli opis tego, jak powstały i jak działają błędy poznawcze. Ponieważ my nie oceniamy rzeczywistości trafnie. My najczęściej oceniamy rzeczywistość w sposób, który był przydatny 100 000 lat temu dla naszych przodków na sawannie, a nie tak jak byłoby to racjonalne. Wtedy lepiej było unikać ryzyka porażki niż dążyć do sukcesu, bo lepiej było być dziś głodnym niż ryzykować bycie dziś zjedzonym przez tygrysa. Model wczorajszego umysłu mówi o tym, jak te procesy działają, jak unikać ich konsekwencji i jak je wykorzystywać. Oczywiście w ramach Beyond NLP jest więcej modeli, ale to daje pewne wyobrażenie o tym, co wyróżnia tą metodę.

D: Samo NLP jest bardzo źle postrzegane przez znaczną część osób zainteresowanych rozwojem osobistym. Niektórzy maja na nie wręcz ‘alergię’. Skąd wziął się taki wizerunek?

A: Z kilku przyczyn. Pierwotna była taka, że NLP zaczęło budować swój wizerunek w oparciu o rywalizację z psychologią twierdząc, że psychoterapia jest nieskuteczna albo działa powoli w przeciwieństwie od NLP. To już zraziło część ludzi, bo było oczywiście nieuprawnionym uogólnieniem i próbą budowania swojego marketingu na konflikcie. W Polsce było jeszcze gorzej przez to, że pierwsza osoba która to tu poważnie promowała, przedstawiała to jako metodę manipulacji czy ‘zhackowania umysłu’.

Kolejna sprawa to, że są osoby nie do końca przygotowane, które robią to na zasadzie ‘no teraz Cię zakotwiczę i poczujesz się tak i tak i zrobisz co chcę..’. No cóż… nie jest to zbyt poważne. Także szkolenia często obiecywały więcej niż mogły zaoferować. Obiecywały niesamowite rzeczy w oparciu o pewne sensowne podstawy ale bardzo rozdmuchane. Efekt jest taki że ludzie się zrazili, no i słusznie. Działa to niestety tak, że nawet jeśli tylko jedna osoba coś spapra, to spada to na wszystkich.

D: Obserwując Twoją działalność na forach internetowych, widzę że często dementujesz różne mity popularne wśród ludzi zajmujących się rozwojem osobistym. Jakie są według Ciebie najbardziej szkodliwe przekonania powtarzane w tych środowiskach?

A: Ciężko jest mówić o konkretnych mitach jako najbardziej szkodliwych albo najpopularniejszych. Należało by się raczej przyjrzeć temu, co takiego jest w ludziach, że te mity przyjmują i podtrzymują. Działają tu dwa najważniejsze czynniki.

Pierwszym jest coś, co można nazwać ‘mentalnością magicznej różdżki’ czyli szukanie jakiegoś rozwiązania (najlepiej bezstresowego) na wszystkie problemy. Przekonanie że wystarczy tylko znaleźć jeden przełącznik, zrobić ‘pstryk’ i wszystko będzie fajnie i wspaniale. To moim zdaniem odpowiada za wiele mitów związanych z podświadomością, takich jak ten że wystarczy tylko odpowiednio nią pokierować i wszystkie sprawy już będą się świetnie układać, albo ze wykorzystujemy tylko 10% naszego mózgu. To daje taką fajną, przyjemną fantazję że „uruchomię te pozostałe 90% i będzie WOW!”.

Druga sprawa to coś co nazywam ‘efektem raju utraconego’, czyli szukanie jednej przyczyny tego, że coś jest nie tak (czy to w głowie czy ze zdrowiem..). Wiele osób odrzuca ideologię judeochrześcijańską, ale ta idea pojedynczego błędu który prowadzi do większości problemów jest czymś mocno w nas wpisanym, czymś co się lubi często powtarzać. Więc ludzie będą szukali, a to psychologicznie – że ma złe przekonania lub emocje, a to fizycznie – że nie je tego i tego lub je to i to. Sprowadzają wszystko do jednej głównej przyczyny. Na przykład że wszystkie choroby biorą się z toksyn. Cięższe do zaakceptowania jest to wyjaśnienie, że po prostu jesteśmy niedoskonali. Tak już ewoluowaliśmy.

To są dwie główne przyczyny. Poza tym czasami wyniki jakiegoś badania są gdzieś podane  w sposób niepełny albo błędny, a potem rozpowszechniane w tej błędnej postaci, bo komuś ta nowa interpretacja się bardziej spodobała. Chociażby klasyczny już mit, że tylko 7% naszego komunikatu wynika z tego co mówimy, a cała reszta przez język ciała. Trzeba dopowiedzieć kiedy – wtedy gdy jest niezgoda między przekazem werbalnym i niewerbalnym, a te sygnały niewerbalne są proste i mało istotne, to tak. Jeśli komuś mówię ‘lubię cię’ ale mówię to takim tonem, że słychać że mam dla niego negatywne uczucia, to wtedy raczej ktoś będzie reagował na ton głosu niż na słowa. Ale jeśli opowiadam o tym, jak jest zbudowany mózg ludzki, to ani mój ton głosu, ani mój język ciała nie niosą za wiele informacji.

D: Z tego co wiem, to również kilka lat temu byłeś zainteresowany ezoteryką, czyli różnymi bardziej ‘magicznymi’ metodami na terapię i wywoływanie zmian. Obecnie prezentujesz się jako sceptyk negujący różne odmiany medycyny alternatywnej, już nie mówiąc o typowo ‘magicznych’ systemach. Skąd taka zmiana?

A: Dla jasności – nie neguję ezoteryki czy magii jako form pracy nad sobą. Przeciwnie, mogę powiedzieć że jest w nich sporo narzędzi, które są bardzo silne i mogą dać bardzo dużo. Wadą jest to, że bardzo łatwo przy tym odlecieć. Jeśli nie ma się odpowiedniego dystansu, to łatwo się w tym można zgubić. Są podobieństwa między wieloma metodami magicznymi, a metodami zmiany osobistej, na przykład między Core Transformation, gdzie przywołuje się wyższe wartości i później schodzi z częścią wyższych wartości do niższych, a magią rytualną, gdzie też przywołuje się od najniższych do najwyższych i później odsyła od najwyższych do najniższych.

Używanie tego do wpływania na siebie – jasne, może być bardzo przydatne. To czemu się sprzeciwiam to interpretacji tych technik jako czegoś co wpływa na świat na zewnętrz. Jest taka ludzka skłonność by ulegać błędowi autopotwierdzania. Jak rzuciłem zaklęcie żeby dostać milion złotych i znalazłem dychę na ulicy, to łatwo jest uznać, że to moje zaklęcie zadziałało, tylko niewystarczająco dobrze, więc muszę się jeszcze bardziej skupić by jeszcze silniejsze zaklęcie rzucić…

Pytasz skąd zmiana od silnego zaangażowania w ezoterykę do sceptycyzmu. Zacząłem sobie w pewnym momencie zdawać sprawę, jak często moje wrażenia, że coś się zmieniło, było tak naprawdę samooszukiwaniem. Z drugiej strony, kiedy już powoli z tego wychodziłem, zacząłem się też uczyć o błędach poznawczych. To jest ogromna działka psychologii z wiedzą, która powinna być nauczana od przedszkola, bo to są rzeczy niezwykle ważne przy podejmowaniu decyzji i ocenianiu swojej sytuacji życiowej. Zaczęła się we mnie pojawiać świadomość tego, że nasz umysł nie jest do końca racjonalny, że nasze doświadczenie może być oszukane na tak wiele sposobów, że nie sposób tego zliczyć. W miarę jak zacząłem się w to zagłębiać, coraz częściej dostrzegałem, jak różne elementy z technik ezoterycznych to po prostu wzajemne nakręcanie się. Dla przykładu, ludzie z tego środowiska nie mają zwykle świadomości tzw: efektu szuflady. Stąd bierze się np.  słynny pozorny dowód na telepatię ‘myślę o kimś i ten ktoś do mnie dzwoni’. Tylko jak często o kimś myślimy w ciągu dnia i ta osoba akurat nie dzwoni? Zauważamy to, co potwierdza nasze założenia, a nie zauważamy tego, co ich nie potwierdza. Bardzo wiele rzeczy w ezoteryce funkcjonuje w ten sposób. Nie ma w tych kręgach tendencji do kwestionowania tego w co się wierzy.

D: Zauważyłem też, że mocno krytycznie wypowiadasz się o popularnej książce ‘Sekret’. Co Ci się w niej nie podoba?

A: To, że jest to podejście właśnie na zasadzie ‘magicznej różdżki’, czyli ‘muszę tylko zacząć przyciągać i wszystko będzie w porządku’. Sekret bierze kilka truizmów psychologicznych jak na przykład samospełniająca się przepowiednia i rozdyma je do potęgi ekstremalnej. A dodaje do tego jeszcze fantazję ‘przyciągasz sobie różne rzeczy’. I to jest straszne, bo ludzie świadomie pozbywają się krytycyzmu i zrozumienia że coś może pójść nie tak. I wystawiają się na dużo większe ryzyko niż gdyby funkcjonowali normalnie.

Ma to też czysto praktyczny aspekt dotyczący motywacji. Motywacja a’la Sekret (czyli fantazjowanie jak to będzie jak osiągnie się cel) została eksperymentalnie przetestowana podczas badań nad różnymi metodami motywacji. I motywacja a’la Sekret jest jedną z najgorszych rzeczy które można robić. Daje gorsze efekty niż brak jakiejkolwiek motywacji, a nawet daje gorsze efekty niż pesymizm. Jest tak ponieważ osoby, które skupiają się tylko na tym, jak wszystko będzie wspaniale nie dostrzegają możliwości, że coś może pójść nie tak i nie przygotowują się na nie. Poza tym, jest to rozleniwiające – skoro ja przyciągam, że zdam egzamin, to po co mam się uczyć?

Paradoksalnie najskuteczniejsza motywacja  to jest taka która jest mocno sprzeczna z Sekretem. Jest to tak zwane ‘dwumyślenie’ czyli z jednej strony oczekiwanie, że nam się uda (możemy nawet fantazjować na temat korzyści, jakie da nam sukces), a z drugiej strony negatywne fantazje na temat tego, co może pójść nie tak. Na przykład ktoś chce zrzucić wagę. Oczekuje że mu się uda, ale kiedy idzie do znajomych na imprezę to robi negatywną fantazję na temat tego, co może pójść źle. Może nie być tam żadnego niskokalorycznego jedzenia – i wtedy albo będzie musiał zjeść coś niezdrowego, albo nic nie zje, będzie głodny, będzie źle się bawił… po czym wróci do domu i wtedy jest duża szansa, że zje dużo więcej niż powinien by sobie odreagować. Więc, co może zrobić w związku z tym? Może na przykład przygotować sałatkę i zabrać ją na imprezę. Wtedy sam też ją zje i ma pewność że jest to załatwione. Taka motywacja okazała się być najskuteczniejsza i dawać najlepsze efekty.

D: Czasem mówisz też o czymś, co mam wrażenie nie jest zbyt szeroko dyskutowane, a mianowicie o przypadku śmierci kilku osób na warsztatach jednego z ‘sekretowych guru’.. Opowiedz coś o tych wydarzeniach.

A: Jesienią 2009 roku na warsztatach Spiritual Warrior, które miały sprawić, że ludzie ‘dopasują swoją wibrację do wibracji bogactwa’ (czy coś w tym stylu) cztery osoby zmarły a osiemnaście hospitalizowano. James Artur Ray robił zjazdy w klimatach indiańskich tradycji. W ramach szkolenia, po półtoradniowym poście na pustyni, około sześćdziesięciu uczestników schodziło się w czymś, co miało pełnić rolę sauny parowej (wewnątrz namiotu są bardzo gorące kamienie polewane wodą). Prawidłowo zrobiona indiańska sauna działa tak, że namiot jest odpowiednio duży i jest z takiego materiału, że przepuszcza powietrze, a także dba się by temperatura nie była zbyt wysoka. Żadnej z tych rzeczy nie dopatrzono. Wcześniej było pranie mózgu – Ray mówił ludziom że nie mogą wychodzić, że będą czuli że umierają, ale to tylko ich stare ja umiera a oni się odradzają. Efektem był udar cieplny i inne uszkodzenia które cztery osoby doprowadziły do śmierci, osiemnaście do hospitalizacji – wiele z nich do dziś ma poważne problemy zdrowotne.

J.A. Ray został aresztowany i obecnie toczy się jego proces o spowodowanie śmierci przez zaniedbanie. Przy okazji procesu wyszło na jaw ze ‘pan Nauczę-Cię-Przyciagać-Wielkie-Bogactwo’ mając majątek ok. 5 milionów $, ma długi około 10 milionów $. Mam szczerą nadzieję, że facet trafi do więzienia na długo. Bo jedną rzeczą jest to, że zaniedbał bezpieczeństwa ludzi, którzy mu zaufali i że bawił się w Boga (jak ktoś widząc, że ludzie mdleją, próbował otworzyć klapę namiotu, Ray wrzeszczał „jak śmiesz tak robić przed swoim Bogiem”).. dobra, każdemu może odwalić. Ale później zatrudnił jakieś „medium” na telekonferencję z rodzinami ofiar i „medium” powiedziało, że to nie jest tak, że one zmarły. One podczas ceremonii oddzieliły się od ciała i tak im się spodobało, że już nie chciały wrócić. Jest wiele rzeczy w środowisku rozwoju osobistego które należałoby poprawić, ale ten poziom hipokryzji to jest coś, czego nie potrafię nawet nazwać. To jest po prostu tak obrzydliwe jak tylko się da.

Jestem trochę znany w Polsce jako krytyk środowiska rozwojowego – chętnie bym nim nie był, ale gdyby tylko ktoś inny o tym mówił. Jest wiele cennych rzeczy w tym środowisku, ale jest też wiele syfu i jeśli nie mówi się o tym syfie, to ludzie łatwiej się załapią na ten syf, niż na rzeczy cenne. Ten syf jest często lepiej sprzedawalny. Za to szkolenie o którym tu mówiłem, James Artur Ray brał 10 tysięcy $ od osoby.

D: Skoro stare NLP jest niewystarczające i odrzucasz metody bardziej ezoteryczne, to jakie rozwiązania proponujesz w zamian? Jak skutecznie zmieniać siebie, żeby nie popadać w pułapkę poprawiania wyłącznie swojego samopoczucia, a nie osiągania rzeczywistych rezultatów?

A: Najlepszy rozwój wcale nie musi się opierać na metodach rozwoju. Rozwój ma sens kiedy robisz go ‘pod coś’, kiedy szukasz rozwoju w swoim codziennym życiu. Nie na zasadzie ‘super-mega metod’ tylko na zasadzie, ‘co ja mogę zrobić teraz’, np. spotykając się ze znajomymi to nie musi być coś w rodzaju ‘teraz sobie przerobię 20 przekonań’ tylko może właśnie to, że będę się lepiej bawił. Jeśli serdecznie nienawidzę mojej pracy to czasem rozwojem będzie to, że zmienię ta pracę, a czasem będzie to zastanowienie się, dlaczego tak jej nie lubię. Może właśnie mam tutaj coś do przepracowania.

Więc mniej bym się przyglądał metodom, a bardziej bym się przyjrzał temu, po co korzystamy z tych metod. Często jest tak, że rozwój staje się nawykiem albo jest robiony z powodów, które wcale nie są rozwojowe. Ktoś może chodzić na te wszystkie szkolenia, bo to jest jego sposób na budowanie znajomości. Znam przykład osoby która chodziła na wiele takich warsztatów, po czym poznała partnera, zaręczyła się i już nie chodzi na szkolenia – i świetnie dla niej (tej osoby nie poznała na szkoleniu).

W biznesie inwestycje są planowane pod kątem celów. Nie robi się tak, że pomyślałem sobie, że w ramach inwestycji kupię sobie samochód, bo to fajna inwestycja.  W biznesie jest planowanie – co mogę zrobić, by uzyskać to co chcę.  Warto żebyśmy w rozwoju osobistym robili to tak samo, żebyśmy robili to według pewnego planu i widzieli jakie efekty chcemy uzyskać i po co w  ogóle w to wchodzimy. I jest wiele fajnych metod, to już kwestia znalezienia  takiej, która dla nas działa.

Ja obecnie w pracy z klientami używam kilku głównych. To są Core Transformation, czy moja własna adaptacja tego – Dynamic Mindscapes (do pracy  z częściami osobowości), Integral Eye Movement Therapy (do pracy z emocjami), Beyond NLP, elementy zwykłego coachingu i Panorama Społeczna. To zazwyczaj załatwia większość rzeczy, ale czasem jeśli jest potrzeba, to tworzę z klientem coś nowego, bo mniejsze znaczenie ma tu konkretna metoda, a większe rozumienie pewnych procesów.

Podsumowując, proponowałbym najpierw przygotowanie solidnego planu, a potem szukanie i dopasowywanie metod do planu, który się stworzyło.

D: Jako coach specjalizujesz się w nieśmiałości i odkochaniu. Jakie praktyczne metody pracy nad nieśmiałością mógłbyś polecić czytelnikom?

A: Podstawowa rzecz w sytuacji w której czujemy się nieśmiali lub niepewni, to wybranie sobie celu, który jest od nas zupełnie zależny. Większość osób wybiera sobie cel który nie zależy do końca od nich, na przykład wypaść dobrze albo zrobić wrażenie. To nie jest do końca zależne od nas, bo jeśli podchodzimy do dziewczyny, to możliwe, że przykładowo przypominamy jej jej byłego faceta. Faceta który rzucił ją, ukradł wszystkie pieniądze z jej konta i zabił jej kota. Ona patrzy na nas i myśli tylko „on wygląda jak Zenek, nie chcę mieć  z nim nic wspólnego”. Trudno jest coś takiego „przeskoczyć”.  Czasami ktoś może mieć ciężki dzień, nie kontaktować, albo mogą dziać się jeszcze inne rzeczy – takie, że nie ważne co zrobimy, to nie uzyskamy zakładanego efektu.

Badania pokazują że gdy najlepsi eksperci ćwiczą, nigdy nie biorą sobie na cel czegoś, co nie jest do końca od nich zależne. Najlepsi sprzedawcy, jak dzwonią do klienta, to nie biorą sobie za cel dopełnienia sprzedaży. Biorą sobie za cel na przykład zapytanie o cztery potrzeby klienta. O ile klient nie odłoży słuchawki po 10 sekundach, to oni zdążą to zrobić. To zależy od nich, więc czują się bardziej komfortowo i dzięki temu też łatwiej są w stanie to zrobić.

Tiger Woods znany był z tego, ż większość treningu spędzał w pułapkach piaskowych, próbując wybić z nich piłkę. W normalnej grze pułapka piaskowa zdarzy się raz lub dwa i większość golfistów będzie nieprzygotowanych do tego. Były bardzo ciekawe badania mistrzów w jeździe figurowej na łyżwach i porównano jak ćwiczą mistrzowie i zawodnicy o klasę niżej. Okazało się że ćwiczą mniej więcej tyle samo, ale mistrzowie przez 68% czasu robią najtrudniejsze, najcięższe ruchy, a zawodnicy ze słabszej grupy robią to tylko przez 48% czasu. Więc chodzi o to by dawać sobie wyzwania, ale takie wyzwania których wykonanie zależy od nas, tak jak od Woodsa zależało, czy będzie ćwiczył w pułapce piaskowej czy w łatwiejszym otoczeniu.

Druga rada może zabrzmieć dla niektórych obrazoburczo. Dla wielu osób pomocne w pracy z nieśmiałością będzie obniżenie swojego poczucia własnej wartości. Często się mówi że osoba która jest nieśmiała ma też niskie poczucie własnej wartości. Ale ja pracuję z nieśmiałością już od sześciu lat i spotkałem bardzo niewielu nieśmiałych klientów, którzy mieli niskie poczucie własnej wartości. Niskie poczucie własnej wartości miała klientka z którą sesję można obejrzeć na mojej stronie. Kiedy ona przyszła na pierwszą sesję, zaproponowałem jej kawę, herbatę lub wodę, ona wybrała wodę. Później wyjaśniła ze kawy czy herbaty nie mogłaby przyjąć, bo to jest luksus. To było niskie poczucie wartości.

Większość osób, które mają problem z pewnością siebie, ma nieuświadomione zbyt wysokie poczucie własnej wartości. To ono mówi im, że ludzie zwracają na nich aż tak dużą uwagę, że jak zrobią coś głupiego, to będą o nich mówili, będą o nich myśleli… Osoba która ma niskie poczucie wartości nie będzie się obawiać tego, że inni będą o niej mówili, bo ona przecież nie jest warta by inni o niej mówili…

Jest to związane z naszym wychowaniem, gdzie często rodzice mówili „zachowuj się, co ludzie pomyślą, itp.” – to jest stawianie na piedestale, masz świecić przykładem dla innych, jesteś więc ponad innymi. To jest bardzo niekomfortowa pozycja, bo jeśli jesteś na tym piedestale, to łatwo spaść. Dlatego czasem lepiej samemu zejść, zrównać się  z innymi. Tak naprawdę, powiedzmy sobie szczerze, my nie obchodzimy innych  tak bardzo, jak nam się wydaje.

Zadbanie o te dwie rzeczy powinno sprawić, by większość osób nie potrzebowała korzystać z moich usług jako coacha od pewności siebie/nieśmiałości. Oczywiście jeśli ktoś potrzebuje pomocy we wprowadzeniu ich w życie – zapraszam.


Jeśli podejście Artura Was zainteresowało, to więcej o jego pracy możecie przeczytać na stronie www.krolartur.com. Zapisując się na jego szkolenie Praktyk Beyond NLP w przeciągu tygodnia od publikacji tego wpisu, uzyskacie 250 zł zniżki podając moje imię i nazwisko przy rejestracji.

Prosty sposób na skuteczność, efektywność i motywację

W pewnym punkcie mojego życia ogarnął mnie chaos. Już jakiś czas po tym, jak zacząłem zajmować się szkoleniami pojawiało się wiele pomysłów jak się rozwinąć, co zrobić.. Chciałem założyć bloga (hej, zrobione! ;-) ), napisać książkę, zacząć organizować spotkania otwarte.. i wiele, wiele innych rzeczy. Do tego jeszcze doszły moje zainteresowania i projekty z innych dziedzin. Niektóre sprawy pozaczynałem, ale nie doszły one do punktu, w którym zaczęły by przynosić jakieś odczuwalne korzyści (na przykład pieniądze), inne sprawy tylko czekały w szufladzie na rozpoczęcie. Zdarzały się takie dni, że budziłem się rano i nie miałem kompletnie pojęcia za co właściwie powinienem się zabrać.. było tyle rzeczy do zrobienia i jawiły się one jako tak ogromne, że czułem, że równie dobrze mogę po prostu zostać w łóżku. Najgorsze, że prowadziło to do psychicznego rozbicia i niepewności w jakim właściwie kierunku podążam…

Wtedy poznałem i wprowadziłem w życie prosty sposób na ‘zarządzanie sobą’ wyznaczanie i realizowanie celów. Nie wymaga on specjalnego wysiłku, a daje świetne rezultaty. Konkretnie polega on na tym, że:

  • w grupie kilku osób spotykamy się raz na dwa tygodnie,
  • na tych spotkaniach każde z nas mówi, co zrobiło w ciągu ostatnich dwóch tygodni i co ma zamiar zrobić w ciągu kolejnych dwóch.

Ważne jest odniesienie się do tego, co mówiliśmy na ostatnim spotkaniu, czyli jeśli mówiłem że napiszę dwa artykuły, to jeśli tego nie zrobiłem powinienem powiedzieć „powiedziałem że napisze dwa artykuły.. nie zrobiłem tego”. Tak jak pisałem ostatnio tu na blogu, jeśli schrzaniłeś, to powiedz że schrzaniłeś. Z drugiej strony, jeśli zrealizowałeś cele sprzed dwóch tygodni to też się tym pochwal ;-)

Jeśli się nad tym zastanawiasz, to tak – to że piszę ten artykuł jest jednym z celów z mojej ostatniej listy ;-)

Zauważyłem też, że zazwyczaj jestem w stanie powiedzieć „w ciągu tych dwóch tygodni nauczyłem się…” – to dobry znak. Warto byście organizując takie spotkania również to zdanie wpletli w ich formułę. Jeśli kilka razy pod rząd nic nie możemy powiedzieć, to jest to mocny sygnał ostrzegawczy… warto się zastanowić na ile to, co robimy jest rozwojowe z długoterminowego punktu widzenia, a na ile jest powtarzaniem ciągle tych samych doświadczeń.

Inną fajną cechą takich spotkań jest to, że możemy również powiedzieć coś w rodzaju „i moim kolejnym celem na ten okres jest X… i nie do końca wiem jak się za to zabrać. Może macie jakieś doświadczenia, albo wiecie o czymś, co może mi pomóc?”. Pomoc grupy kilku zainteresowanych rozwojem i skupionych na realizacji celów osób bywa bezcenna. Nagle okazuje się, że ktoś kogo dotychczas znaliśmy tylko towarzysko ma znajomości albo wiedzę o jakie go nie podejrzewaliśmy. Na ‘normalnym spotkaniu towarzyskim’ temat często w ogóle by nie wypłynął i ominęła by nas okazja by zrobić coś łatwiej szybciej i taniej.

Tak to wygląda w praktyce u mnie. Niektórzy organizują takie spotkania co tydzień, niektórzy nawet wprowadzają jakieś dodatkowe ‘motywatory’ w rodzaju zasady płacenia drobnej kwoty na cel charytatywny za każdy niezrealizowany cel.. Ja postawiłem na najprostszą możliwą formułę. Spotykamy się raz na dwa tygodnie w popularnej knajpie, mówimy co zrobiliśmy (gdzie nawaliliśmy, a gdzie daliśmy radę) i co będziemy robić dalej. Jeśli możemy to mówimy, czego się nauczyliśmy, a jeśli mamy potrzebę to pytamy o radę. Osobiście zauważyłem bardzo dużą poprawę jeśli chodzi o jasność umysłową co do moich zadań, stopień ich realizacji i ogólnie ‘bycie ogarniętym’.

I jeszcze kilka uwag na koniec:

1.) Tak jak wszystko, tak zapewne i to nie jest dla każdego. Myślę że metoda ta najlepiej działa u ludzi, którzy pracują nad kilkoma różnymi projektami jednocześnie i ilość zadań do wykonania zaczyna je przytłaczać. By przekonać się, czy jest to dla Ciebie, po prostu sprawdź. Zrób jedno, dwa spotkania i zobacz czy Ci coś dają.

2.) Organizując taką grupę warto zadbać o jej urozmaicenie, żeby nie było tak, że wszyscy zajmują się tym samym, mają takie same poglądy i powstaje mały klubik wzajemnej adoracji, gdzie wszyscy czują się dobrze, ale nikt się nie rozwija. Ludzie podobni do siebie mają tendencje do myślenia w podobny sposób (pewnymi schematami charakterystycznymi dla danej branży czy grupy społecznej) i nie zauważania swoich błędów co prowadzi do ‘smażenia się we własnym sosie’.

3.) Jak zacząć? Ja po prostu mówiłem każdemu znajomemu z którym rozmawiałem, że mam zamiar coś takiego zacząć organizować. Kilka osób od razu się zainteresowało, ktoś potrzebował się chwilę zastanowić, ktoś kogoś przyprowadził… grupa uzbierała się bardzo szybko.

4.) Na początek wystarczy Ci jedna osoba – we dwoje też można to robić. Docelowo, myślę że siedem osób to maks.

Jeśli macie pytania, albo własne doświadczenia, zapraszam do dyskusji w komentarzach.

Syndrom głupio-pozytywnego myślenia

Dawno temu rozmawiam z pewnym znajomym który od jakiegoś czasu szukał pracy. Pytam go ‘i jak tam znalazłeś już coś?’, na co słyszę odpowiedź ‘szukam’. Niby nic specjalnego, wielu ludzi tak odpowiada, ale… pomnóż to razy dziesięć, zastosuj to do każdej możliwej sytuacji, a będziesz mieć człowieka, który nigdy w najmniejszym stopniu nie przyzna się, że ma problem.

Otrzymasz coś, co na potrzeby tego posta nazwałem syndromem głupio-pozytywnego myślenia. Jest to całkowita niechęć do wyrażenia na głos jakichkolwiek swoich porażek, być może związana z jakimś „magicznym” przekonaniem, że jak powiesz coś na głos, to stanie się to rzeczywistością. Osoby opanowane tym syndromem mówiąc z kolei o przyszłości mają ‘zawsze-optymistyczne’ nastawienie typu „musi się udać”. Są przekonane o sukcesie… on po prostu musi nadejść (niezależnie od tego czy oni robią to co jest konieczne by on nadszedł).

Znacie może anegdotę o zebraniu w firmie zagrożonej bankructwem? Na zebraniu zwołanym w związku z tą sytuacją manager, który najwyraźniej był po korporacyjno-szkoleniowym praniu mózgu, mówi „Panie i panowie, stoimy przed takimi wyzwaniami, że za chwilę możemy przestać istnieć”. Takie podejście na pewno pozwala utrzymać się z dobrym samopoczuciu (przynajmniej na powierzchni), ale ma jedną podstawową wadę. Jeśli będziemy nie zauważać porażek, błędów i problemów, to nie będziemy wyciągać wniosków i korygować kursu naszych działań. Będziemy nadal działać w taki sposób, który doprowadził nas do tych porażek, błędów i problemów.

Moja rada: jak coś schrzaniłeś, to przyznaj że schrzaniłeś. Przyznaj że jesteś odpowiedzialny. Jak masz problemy, to przyznaj że masz problemy. Jak jest źle, to przyznaj że jest źle. Opracuj plan wyjścia z sytuacji i zacznij działać.

Żeby było jasne – ja sam nie jestem tu bez grzechu. Ten tekst napisałem, bo sam cierpiałem i nadal w pewnym stopniu cierpię na ten syndrom. Widzę też, jak negatywnie wpływa ona na skuteczność wielu moich działań. U mnie działa ta część dotycząca myślenia o przyszłych projektach i ich natychmiastowych, bezproblemowych i ogromnych sukcesach ;-)

„Nie wiem co chcę robić w życiu” – co z tym zrobić?

Całkiem spora liczba inteligentnych i posiadających szerokie horyzonty myślowe ludzi zadaje sobie na jakimś etapie swojego życia takie lub podobne pytania. Sama inteligencja i otwarte spojrzenie na świat nie gwarantują niestety, że łatwo i lekko odnajdziemy się w życiu. Sam byłem parę lat temu w takim stanie i przeszedłem z niego do sytuacji w której robię to co daje mi bardzo duże poczucie spełnienia i jednocześnie pieniądze. Pomyślałem więc, że podzielę się tu kilkoma praktycznymi metodami które mnie pomogły. Dla tych z Was, którzy mają ten problem, być może będzie to pomocne.

Jest to zestaw dosyć prostych pytań, które należy sobie zadać i na spokojnie odpowiedzieć na nie. Najpierw wyjaśnię jak konkretnie robić to ćwiczenie:

a). Daj sobie czas tylko na myślenie, czytaj pytania i zapisuj odpowiedzi. To ważne – kiedy przelewasz je na papier, to jest zupełnie co innego niż wtedy, gdy tylko pozwalasz im przepływać przez swoją głowę.

b). Pospiech w znajdywaniu odpowiedzi nie jest wskazany. Lepiej zrobić to powoli przechodząc przez wszystkie kolejne myśli, skojarzenia i nastroje, które będą się w nas pojawiać w miarę jak będziemy odpowiadać sobie na kolejne pytania z listy.

c). Kiedy pojawi się w nas pierwsza odpowiedź na dane pytanie nie przechodźmy od razu do następnego, ale dajmy sobie trochę czasu.. może pojawi się kolejna odpowiedź i jeszcze kolejna. Czasem to co najważniejsze ukryte jest najgłębiej. Lepiej robić to dłużej i w refleksyjnym nastroju niż „zaliczyć” ćwiczenie w godzinę prześlizgując się tylko po powierzchni naszej psychiki.

I możemy teraz przejść do rzeczy. Oto seria pytań pomagających odkryć co chcesz robić  w życiu.

1. Wyobraź sobie swoje idealne życie za 10 lat od teraz. Wypisz to co robisz, masz i kim jesteś. Jacy ludzie są wokół Ciebie i jakie masz z nimi relacje? Na tym etapie całkowicie puść wodze fantazji, na krytyczną analizę przyjdzie czas później.

2. Co powinieneś robić przez najbliższe 10 lat by dojść do takiej sytuacji? Jakie działania musisz podjąć by to osiągnąć, jakie nawyki wykształcić by to było łatwe, jakie warunki spełnić, by to w ogóle było możliwe? Czy jesteś gotowy to zrobić? Czyli – czy rzeczy z punktu 1 są dla Ciebie warte swojej ceny? Już samo to może dać nam do myślenia, np. jeśli ktoś w pierwszym odruchu mówi ze chciałby mieć milion, ale potem stwierdza że nie chciałby pracować tak ciężko… to może właśnie posiadanie miliona jest chybionym celem :-)

3. Jaka jest jedna rzecz którą mógłbyś robić przez cały dzień za darmo? ..a druga? …a trzecia? Dajmy sobie czas na dotarcie do wszelkich możliwych skojarzeń które kołaczą się w naszym wnętrzu. Osobiście to pytanie uważam za najważniejsze ze wszystkich które tu przedstawię. Jeśli znajdziesz to co możesz robić z przyjemnością za darmo, a następnie znajdziesz sposób by na tym zarabiać, to naprawdę jesteś na dobrej drodze do satysfakcjonującego życia.

4. Wyobraź sobie że dostałeś 10 milionów $ w gotówce. Powiedzmy że już się wyszalałeś, zwiedziłeś pół świata, kupiłeś kilka willi i generalnie wyeksploatowałeś wszystkie swoje typowo „konsumpcyjne” pragnienia. Nadal masz mnóstwo pieniędzy na koncie i  masz zapewniony byt na wysokim poziomie do końca życia. Co byś robił, czym byś się zajął? Daj sobie czas by twój umysł odnalazł to, o czym na co dzień nie myślisz. Jeśli narzucają Ci się wyłącznie obrazy rodem z TV (leżenie na egzotycznej plaży, czy wakacje w drogich hotelach) pozwól sobie w nie wejść i się nimi w wyobraźni nacieszyć.. aż dojdziesz do ich granic – i wtedy zadaj sobie pytanie co dalej… co byś robił, czym byś się zajął?

5. Gdybyś dzisiaj dowiedział się że zostało Ci tylko pół roku życia, to co byś chciał robić? Które z obecnych działań byś kontynuował, a których byś natychmiast zaprzestał? Co byś zaczął robić? To jest mocne pytanie i może wywołać wiele skojarzeń nie związanych tylko z tym „co się robi” ale z relacjami. I znowu, pozwól sobie na spokojnie tamte stany emocjonalne przetrawić, a następnie powróć do pytania „czym bym się zajął”?

6. W czym jesteś dobry – co przychodzi Ci naturalną łatwością i nie wywołuje specjalnego zmęczenia? Co zawsze robiłeś lepiej niż inni? Czy to przypadkiem nie jest zbieżne z odpowiedziami których udzieliłeś sobie w poprzednich punktach? Jeśli tak to chyba jesteśmy na tropie, czyż nie?

7. Jakie czynności dają Ci najlepszy stan emocjonalny? Co sprawia, że czujesz się najszczęśliwszy? Kiedy, w jakich okolicznościach i w jakich warunkach się najlepiej czujesz? To pytanie w pewnym stopniu jest inną wersją pytania 3, ale jest to celowe – byś spojrzał na to samo z innej strony. Czasem jesteśmy tak poblokowani że trzeba z kilku różnych kierunków zadziałać.

To tyle w kwestii pytań które mogą nam pomóc w naświetleniu naszych własnych preferencji i odkryciu drogi, która jest przed nami. Jak już jakieś światełko nam miga w głowie, to warto jak najszybciej zrobić cokolwiek co nam pozwoli choćby zasmakować naszej potencjalnej drogi życiowej. Żeby nie było tak, że dążymy do czegoś przez dłuższy czas, a potem okazuje się że w praktyce jednak „to nie jest to”.

Znam też historie ludzi, którzy zniechęcili się do swojego hobby po tym,  jak uczynili je swoją pracą – podkreślam więc, że to co wyżej opisałem to nie jest żadna magiczna recepta która każdemu pozwoli prowadzić szczęśliwe życie. Wierzę jednak że dla wielu będzie pomocne.

Uwaga 1: zaprezentowane tu pytania są jedynie częścią zabiegów jakie na sobie przeprowadziłem by doprowadzić się do stanu „wiedzenia co chcę robić w życiu” i w żaden sposób nie mogę zagwarantować, że przerobienie tej listy automatycznie da komukolwiek pożądany rezultat.

Uwaga 2: pytania te pochodzą z różnych źródeł, a głównie od Briana Tracy. Zagadnienia te są dobrze opisane  jego książce „Droga do sukcesu” którą w tym miejscu serdecznie polecam.

Lęk przed wystąpieniami publicznymi – pięć porad na chłopski rozum i jeden sekretny trik

Wiele osób występując publicznie przeżywa tak silną tremę, że jest to dla nich jedno z najbardziej stresujących doświadczeń w życiu. We wcześniejszym poście pisałem o najczęstszych przyczynach, dla których lęk przed wystąpieniami publicznymi się pojawia. Dzisiaj podejdziemy do tematu bardziej praktycznie. Oto pięć zdroworozsądkowych porad, i jeden mniej znany trick, które zmniejszą Twój lęk przed wystąpieniami publicznymi.

1. Poznaj miejsce.

Oswój się z sytuacją. Idź tam wcześniej, stań w miejscu z którego będziesz przemawiał. Jeśli możesz sobie na to pozwolić, zrób sobie w tym miejscu próbę (najlepiej na głos, ale nawet wygłaszając mowę w myślach sobie pomożesz). Podczas próby również przejdź z miejsca w którym będziesz siedział do miejsca z którego będziesz mówił. Niech wszystko będzie jak najbardziej zbliżone do przyszłej rzeczywistej sytuacji. Twoje ciało i umysł muszą się z nią oswoić.

2. Poznaj publiczność.

Spotkaj się wcześniej z ludźmi którzy będą na sali jako słuchacze. Dowiedz się o nich jak najwięcej. Jeśli nie możesz przed prezentacją ich poznać, to w dniu wystąpienia przyjdź trochę wcześniej do budynku i pogadaj z kimś kto też już tam będzie. Podczas wystąpienia możesz od czasu do czasu łapać z tą osobą kontakt wzrokowy – jeśli wcześniej dobrze wam się rozmawiało to będzie Ci to pomagać, da Ci pewne wsparcie psychiczne.

3. Znaj swój materiał.

Przećwicz go wielokrotnie. Ćwicz mówiąc na głos przed lustrem. Ćwicz tak jakbyś był już na prawdziwej prezentacji, wyobrażaj sobie, że przed Tobą siedzą ludzie, gestykuluj, mów tak jakby oni tu byli. Jeśli możesz zaangażuj znajomych, by odegrali rolę Twojej publiczności. Jeśli nie chcą możesz też wykorzystać swojego psa.

4. Rób wizualne notatki.

Przygotowując notatki zrób sobie ‘mapę myśli’ swojej prezentacji, pozwoli Ci to poczuć się swobodniej z tematem, zrozumieć go od innej strony i dzięki temu prowadzić prezentację dużo elastyczniej. Łatwiej będzie Ci też mówić w taki sposób,  jakby myśli właśnie w tym momencie powstawały w Twojej głowie – co wygląda o wiele naturalniej niż kiedy powtarza się coś typowo wyuczonego na pamięć. Oczywiście jeśli znasz materiał tak dobrze że możesz mówić go z pamięci to świetnie. Warto jeszcze by było to poparte dogłębnym jego zrozumieniem od wszystkich stron. ‘Mapa myśli’ w takim zrozumieniu pomaga.

5. Skup się na odbiorcach.

Kiedy idziesz na prezentację i kiedy się do niej przygotowujesz, skup swoją uwagę na tym by dostarczyć jakąś wartość ludziom którzy będą Cię słuchać. Chodzi o to byś to poczuł, że chcesz dla nich zrobić coś dobrego, że chcesz by coś ze spotkania z Tobą wynieśli. To dodanie wartości to powinna być Twoja myśl przewodnia, motyw który kieruje wszystkimi Twoimi działaniami od początku, od chwili kiedy akceptujesz zaproszenie do przemawiania. To ustawia Cię w zupełnie innej pozycji, niż kiedy przede wszystkim ‘chcesz dobrze wypaść’ – bo wtedy tak naprawdę to publiczność jest tym kto ma coś dać Tobie, a więc jesteś na pozycji zależnej. Chciej przede wszystkim dawać, a natychmiast zniknie znaczna część nerwowości wynikająca z lęku przed negatywną oceną.

6. Rusz się.

Teraz jeden mniej znany i mniej ‘na chłopski rozum’ trik. Zastosuj go jeśli jesteś już na miejscu i zbliża się twoja kolej, a nadal odczuwasz stres. W momencie gdy już masz iść na scenę i masz jeszcze dwie sekundy wykonaj jakiś fizyczny ruch. Schyl się i wyprostuj, podnieś ręce do góry i je opuść, oprzyj się na chwilę dłońmi o ścianę, albo zaciśnij pięści i je rozluźnij – w zależności od tego na ile widoczny jesteś dla publiczności. Jeśli jesteś całkiem niewidoczny, możesz zrobić szybki przysiad. Bardzo dobrze, jeśli taki ruch możesz zrobić przechodząc z jednego miejsca na drugie.  Wykonanie jakiegoś fizycznego ruchu ma tę niesamowitą właściwość, że potrafi natychmiast zmienić nasz stan emocjonalny. Jeśli więc jesteś zestresowany i zrobisz coś takiego tuż przed wejściem na scenę, może się okazać, że wejdziesz tam w całkowicie inny stan.

Syndrom Casanowy, mili faceci i MTV – wywiad z trenerem uwodzenia

W ostatni czwartek spotkałem się z niejakim Tomaszem Rudnikiem, znanym szerzej jako Tupak. Znanym jednak nie wszędzie, a głównie w kręgach mężczyzn zainteresowanych doskonaleniem swoich umiejętności podrywania kobiet. Tomek od kilku lat prowadzi szkolenia uwodzenia dla mężczyzn i jest na tym rynku jedną z najdłużej działających i najlepiej rozpoznawalnych postaci w Polsce.

Sam rynek takich szkoleń jest wypełniony ofertami trenerów często powtarzających w kółko to samo co inni, albo wykorzystujących głównie zmodyfikowane NLP (pod nazwą NLS). W gąszczu tych szkoleniowców niewielu jest ludzi mających coś oryginalnego do powiedzenia, a Tupak jest jedną z tych nielicznych osób. By nieco przybliżyć Wam temat,  postanowiłem zadać mu kilka niebanalnych pytań ;-) Endżoj!

Dominik: Co właściwie jest nie tak z współczesnymi mężczyznami? Co sprawia, że potrzebujemy iść do innego mężczyzny, żeby on nas nauczył poznawać i uwodzić kobiety?

Tomek: Odpowiem trochę naokoło. Kobiety reagują w pewien uniwersalny sposób na pewne męskie cechy. I mam wrażenie, że te męskie cechy są powoli zatracane – poprzez wpływ mediów, wpływ religii, wpływ wychowania… Faceci są mniej męscy niż to było kiedyś. Mam wrażenie że o ile nasi ojcowie często odrobili pracę domową polegającą na tym, by nauczyć się, jak być mężczyzną (nauczyć od swoich ojców czyli od naszych dziadków), o tyle nam nie zdążyli tej wiedzy przekazać. Co oznacza że mamy całą masę zniewieściałych mężczyzn, mężczyzn wychowanych przez kobiety, mężczyzn którzy właściwie nie wiedzą co to znaczy zachować się po męsku. Zachować się po męsku w obliczu konfliktu, w obliczu różnych innych sytuacji a także wobec kobiet. Nie wiedzą też, co jest dla kobiet najważniejsze, a doprecyzowując – na jakie  rzeczy kobiety reagują najbardziej. Przez to są coraz bardziej zagubieni. Bo słyszą z mediów, że mają powiedzmy wyglądać w taki albo inny sposób, ze strony religii, że mają się zachowywać określony sposób – i często to są opinie które się nawzajem znoszą. A jeszcze jeśli facet jest wychowywany wyłącznie przez matkę, bo ojca nie ma, matka mówi mu że powinien być miły wobec wszystkich kobiet, to mamy przepis na katastrofę. Facet dorastając, stając się mężczyzną de facto nie wie kim ma być, bo słyszy przeciwstawne podpowiedzi z różnych stron.

D: Powiedziałeś o tym, że z jednej strony są różne wpływy, media religia czy jeszcze inne, z drugiej że ojcowie w jakimś stopniu nie wywiązali się ze swojej roli. Który z tych procesów jest według Ciebie dominujący?

T: Nie wiem czy można mówić tu o procesie dominującym. Żartem czasami mówię że gdyby nie było Kościoła, MTV i TVN’u (jako pewne reprezentacje instytucji) to nie miałbym tego zajęcia. Bo nikt by młodym mężczyznom nie mówił, że pan z okładki jest przystojniejszy i bardziej wartościowy, nikt by nie młodym mężczyznom nie wpajał że nie są godni i nikt by nie napychał ich głowy śmieciowymi informacjami, które też powodują większe zagubienie. Krzyżując to z wpływami ze strony ojca, a w zasadzie brakiem tych wpływów, powstaje mega–zagubienie. Więc jest to suma wszystkiego wokół nas. W im bardziej aktywnym środowisku żyjemy (mam tu na myśli na przykład większe miasta) tym bardziej zagubieni potrafią być faceci. Czasem się obserwuje osoby z mniejszych miejscowości, które mają wpojone pewne wartości (lepsze lub gorsze, ale silnie osadzone) i pochodzące często z rodzin które nie są zamożne i nie mogły dać dobrego startu – i ci ludzie często wykazują się niesamowitym hartem ducha. I zdobywają dużo więcej w życiu, niż rozpieszczone towarzystwo z miast które miało podane wszystko na talerzu.

D: W materiałach dotyczących tematyki uwodzenia mówi się o czyś o nazwie ‘syndrom miłego faceta’ – opowiedz coś o tym.

T: Syndrom miłego faceta wiąże się z brakiem szacunku dla samego siebie, z oddaniem kontroli nad swoim życiem innym ludziom. To się jeszcze wiąże z brakiem dążeń, a tak naprawdę można podsumować to w jednym zdaniu – z brakiem jaj. Ktoś kto jest opisywany jako typowy ‘miły facet’, to jest facet który stawia dobro innych nad swoim dobrem, który nie jest asertywny na tyle, by móc się przeciwstawić opiniom innych ludzi, który w obliczu konfrontacji będzie się wycofywał. I kiedy kobieta testuje faceta (bo każda kobieta testuje faceta i często dzieje się to na nieświadomym poziomie) czy on naprawdę jest takim mężczyzną, jakim jej się wydaje że jest, to okazuję się że on jest, nie wiem czy będzie to parlamentarne określenie – ‘miękką frytą’. Więc ktoś, kto jest miły będzie wykorzystywany, będzie często człowiekiem ‘przynieś, podaj, pozamiataj’. Natomiast to, że zostanie wbity w taką rolę, to niekoniecznie jest wina innych ludzi i tego że oni chcą go wykorzystywać. To jest też ludzka natura, że kiedy widzimy wokół siebie człowieka który nie jest asertywny, który robi z siebie ofiarę, to będzie on traktowany jako ofiara. Gdzie jest tego źródło? Jak ze wszystkim – we wnętrzu. Jeśli taki facet postrzega siebie jako takiego ‘miłego faceta’ który daje siebie wykorzystywać, to taki będzie w życiu.

D: Powiedz jeszcze coś na temat tych testów, o tym że kobiety testują mężczyzn.

T: Jasne, może najpierw pewien szerszy wstęp… w momencie kiedy możemy mówić o tak zwanej atrakcyjności, my jako faceci mamy na początku ułatwione zadanie, bo to co dla nas się liczy to jest kobiecy wygląd i atrakcyjność fizyczna. Więc my to po prostu widzimy i możemy dokonać wyboru, czy chcemy daną kobietę poznać czy nie. Widzimy kobietę i nawet się nie zastanawiamy nad tym, czy jest atrakcyjna – to są milisekundy.

U kobiet to zadanie jest nieco utrudnione, bo to, co jest przełącznikiem atrakcyjności, to jest męski charakter. Facet może wyglądać naprawdę imponująco, ale jeśli z charakteru będzie miękki, będzie takim właśnie ‘miłym facetem’ to kobieta przejedzie po nim jak czołg. Stąd biorą się różne smutne historie – natomiast jeśli one zaistnieją, to nie można za to winić kobiety, tylko właśnie faceta, że jego charakter jest taki, a nie inny. Aby sprawdzić czy facet jest takim, jakim kobiecie się wydaje że jest, ona musi go przetestować. Przetestować na różne sposoby, czasami próbując wejść mu na głowę, czasami próbując wyprowadzić go z równowagi, czasami robiąc różne inne dziwne akcje, a wszystko po to, żeby sprawdzić jego granice wytrzymałości – psychiczne.

D: Na ile jest to robione świadomie, a na ile nieświadomie?

T: Myślę że pomijając kobiety wyrachowane, których jest mały procent, w większości jest to robione nieświadomie. Czasami kobiety same nie potrafią wytłumaczyć czemu pewne rzeczy robią bądź mówią – rzeczy które mogą zaboleć lub ukłuć. Natomiast to, czy to rzeczywiście zaboli albo ukłuje, to jest kwestia tego, jak my jako faceci to postrzegamy. Bo możemy postrzegać to po prostu jako część kobiecej natury i wtedy nie ma się o co obrażać, tylko po prostu grać według tego.

D: Co z Twojego punktu widzenia jako trenera, jest głównym problemem mężczyzn którzy do Ciebie przychodzą?

Nie pamiętam w jakim to filmie było… uczeń chciał być nauczany przez mistrza, natomiast ignorował wszystkie jego porady i wskazówki i robił po swojemu. Więc mistrz pokazał mu szklankę pełną wody i zaczął dolewać do niej jeszcze więcej wody. I oczywiście to, co chciał dolać rozlewało się na boki. I wtedy mu pokazał – nie jestem w stanie nalać nic do naczynia, które już jest pełne. To jest dobra analogia problemu facetów – są nauczeni zbyt wielu rzeczy, które im w życiu nie służą – nawyków, postrzegania siebie, postrzegania seksualności, czy przyjmowania stereotypów, także pochodzących z religii. Uparcie to powtarzam, ale to co nas ogranicza w życiu to jest w dużej mierze poczucie winy. Jeżeli mężczyzna miałby mieć poczucie winy za to że jest istotą seksualną, to znowu mamy receptę na katastrofę. Bo będzie wiedziony pragnieniem seksualnym, które jest jednym z najsilniejszych w naszym życiu, natomiast wykonanie będzie nie najlepsze przez to, że jego działaniom to poczucie winy będzie towarzyszyło. Wszelkie jego wysiłki będą torpedowane przez jedno z przekonań które ma w środku.

Tak naprawdę jak ja to widzę z perspektywy trenera, to mężczyźni muszą się o wiele więcej rzeczy oduczyć niż nauczyć. Trudno jest latać z kulą u nogi. Ta kula to przekonania i wszystko, co gdzieś tam w podświadomości nosimy, co jest właśnie tym pełnym naczyniem, w którym nie ma miejsca na rzeczy nowe. Nowe rzeczy są czasami rewolucją osobistą dla mężczyzn których szkolę, bo jedna drobna rzecz zmieniona potrafi przekształcić ich podejście do siebie, a tym samym do innych ludzi, a tym samym do kobiet.

D: Czyli głównym problemem są obecne przekonania?

T: Dokładnie. Miałem kursanta który długo się ze mną kłócił twierdząc, że komplementy zabarwione seksualnie to jest wyraz braku szacunku do kobiety. Moja rzeczywistość potwierdza coś zupełnie przeciwnego. Ja mam takie przekonanie, że chwile w których kobieta czuje się seksowna, piękna, pożądana i uwielbiana, to są jedne z tych chwil dla których z perspektywy kobiecej warto żyć. Więc ja im tego daję jak najwięcej. Są to zawoalowane w specyficzny sposób komplementy, bądź sposób w jaki traktuję kobietę – dając jej do zrozumienia że wygląda pięknie i jest pożądana. I widzę że czasem jedno małe zdanie potrafi umilić jej cały dzień. I wierzenie w rzeczy przeciwstawne do tego, co teraz powiedziałem, to jest też przepis na porażkę. Dlatego że to, w co wierzymy w środku, manifestuje się na zewnątrz. I wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak wielkie jest to przełożenie tego, co nosimy w środku na to, co widzimy na zewnątrz.

D: Wiem, że jest coś takiego, a przynajmniej mówi się że jest coś takiego jak ‘społeczność uwodzenia’  – jest cała masa różnych for internatowych gdzie mężczyźni wymieniają się doświadczeniami, niektórzy zamieszczają na youtube filmiki pokazujące jak podchodzili do kobiet i dostawali (lub nie) numer telefonu, no i jest oczywiście sporo różnych szkół uwodzenia. Co sądzisz o naszej lokalnej, polskiej  ‘społeczności’?

T: Byłem świadkiem jak to powstawało. Jak to bywa z wieloma szczytnymi ideami, ta została kompletnie spieprzona. Ideą było, żeby powstało forum na którym można się wymieniać doświadczeniami, żeby móc się doskonalić. Natomiast wszędzie gdzie tylko da się spojrzeć na te fora, zrobiły się kółka wzajemnej masturbacji mentalnej. Dużo pisania i mało treści. Próby zdobycia przewagi na forum internetowym, w wirtualnej społeczności zamiast stawania się lepszym facetem na co dzień.

Był moment w którym umówiłem się  kilkoma najbardziej prominentnymi osobami  z forum, żeby po prostu ich poznać. Myślałem że będzie godny przeciwnik do dyskusji, bo ja bardzo lubię konstruktywne dyskusje. A nie obrażając nikogo, ale powiem wprost – zobaczyłem takie ‘miękkie fryty’. Ludzi którzy bali się własnego cienia, którzy potrafili kozaczyć, ale tylko na forum internetowym. Z działalnością  Internecie jest mniej więcej jak z graniem w gry komputerowe – wygrasz batalię, zabijesz wszystkich przeciwników na planszy, ale po zakończeniu gry jesteś wciąż tym samym człowiekiem. Nie przybyło Ci ani przyjaciół, ani pieniędzy, ani odwiedzonych miejsc ani emocji… to była tylko gra.

D. Jeśli to co robisz jest związane z przekształceniem własnej osobowości, to jak to będzie wpływać na związek, kiedy taki wyszkolony uwodziciel będzie chciał być w monogamicznej relacji z „tą jedyną”?

T: Mogę jedynie wypowiadać się o umiejętnościach i wiedzy którą sam przekazuję. Tego typu wiedza to jest bardzo dobry sposób (jeśli nie jeden z lepszych istniejących w ogóle) na siebie w kontekście związków. Bo co to oznacza, że chcemy wejść w monogamiczny związek z jedną kobietą? Wiadomo, jako faceci mamy chęć zdobywania, instynkt zdobywcy i on będzie się domagał zaspokojenia. Natomiast jest w tym wszystkim gdzieś granica, bo nie żyjemy wiecznie i poznajemy życie z różnych perspektyw. Z jednej strony poznawanie wielu kobiet daje niesamowite przeżycia i wspomnienia, z drugiej strony jeśli mielibyśmy zdecydować się, by zbudować z jedną kobietą coś jeszcze wspanialszego, to co w tym może pomóc najbardziej? Świadomość tego, że kobieta którą wybraliśmy jest relatywnie najlepszym wyborem jakiego mogliśmy dokonać. Natomiast żeby tak było, poprzednio musimy mieć naprawdę szeroki wybór kobiet które poznaliśmy w życiu.

Porównajmy dwa scenariusze: facet który poznał dwie czy trzy kobiety w życiu i z trzecią zdecydował, że się ożeni w wieku załóżmy dwudziestu trzech-czterech lat, albo młodziej. I drugi przypadek, jest facet w wieku trzydziestu pięciu lat, albo więcej. Facet który trochę kobiet w życiu poznał, poznał różne charaktery, poznał różne zachowania i tak dalej.. ten facet w pewnym momencie widzi, że koło charakterów kobiecych które może poznać się zamknęło. Więc z tego co poznał, co jest dostępne naokoło, może wybrać to, co mu najbardziej odpowiada. Ten facet będzie dużo bardziej zdecydowanym i konkretnym partnerem dla takiej kobiety. Dlatego że on już nie będzie miał potrzeby szukania dalej (albo aż takiej potrzeby). Podczas gdy pierwszy facet, ten dwudziestotrzyletni.. niestety natury nie oszukamy. Nie da się zagłuszyć instynktu zdobywcy i seksualnej potrzeby porównywania wrażeń. Może się zdarzyć, że wybór którego dokonał kiedyś sprawi, że facet poczuje się ograniczany i może zacząć swoją kobietę zdradzać, by poznać inne kobiety.

Więc jeśli facet miałby się decydować na małżeństwo, niech to będzie bardzo świadoma decyzja, poprzedzona dogłębnym zbadaniem tematu. Należało by odrzucić wszelkie skrajności takie jak syndrom Casanovy, czyli obsesyjne poznawanie nowych kobiet i wrażenie że nigdy nie jest dość. Nie wiem czy można mówić o tym jako o zaburzeniu, ale na pewno jest to związane z pewnymi brakami. Może to był ktoś, kto w dzieciństwie nie był kochany przez rodziców, albo czegoś mu brakuje w życiu, przez co musi ciągle i ciągle poznawać nowe kobiety. Mimo że kółko charakterów kobiecych które może poznać się już zamknęło, to ciągle to robi. Trzeba sobie zadać pytanie, co na koniec życia będzie dla nas najważniejsze. Szaleństwa młodości jak najbardziej, ale przychodzi czas na rzeczy które definiują naszą męską wartość w inny sposób. I takie rzeczy warto planować z dużym wyprzedzeniem, bo życie chwilą jest fajne, ale jak zmieni się scenariusz może się okazać że obudzimy się z przysłowiową ręką w nocniku.

D: Na czym więc tak konkretnie polega według Ciebie proces uwodzenia? Chodzi mi o to, co jest istotą tego procesu i na jakich poziomach to się rozgrywa, jakie procesy składowe zachodzą.

T: Lubię mówić przez metafory… jak Michał Anioł wyrzeźbił posąg Dawida, wszyscy go pytali, jak udało mu się stworzyć tak doskonałą rzeźbę. Odpowiedział „wziąłem skałę i powoli odrzucałem z niej to, co nie jest Dawidem” – w ten sposób powstał posąg. Na proces uwodzenia należy spojrzeć w podobny sposób – matka natura już się zatroszczyła o proces uwodzenia sam w sobie. Należy spojrzeć tak, by dostrzec sedno które w tym drzemie, po kolei odrzucając to, czym uwodzenie nie jest. W czystej postaci jest to po prostu proces przyciągania się pomiędzy płciami. Proces z którego może wyniknąć kilka różnych scenariuszy. Może być jednonocna przygoda, może być dłuższa znajomość, może być małżeństwo. O tym już ludzie sami decydują w zależności od tego, jak siebie nawzajem postrzegają.

Na konkretnego faceta będzie reagowała pewna część spośród ogółu kobiet, które są wokół niego – i to są wyłącznie naturalne procesy. Szanując fakt, że w czystej postaci jest to prostu przyciąganie pomiędzy płciami, trzeba się skupić na swoich cechach, na rozwijaniu siebie, najlepszej wersji siebie, bądź też na umiejętności najzwyczajniejszego sprzedania siebie. Na jednym ze szkoleń na których ostatnio byłem usłyszałem takie pytanie „Jak myślicie, dlaczego ludzie są samotni? Dlaczego są nieszczęśliwi i nie mogą znaleźć partnera?” I odpowiedź jest prosta – „Bo nie umieją sprzedać siebie”.

Więc uwodzenie jest niezwykle prostym procesem. To my go komplikujemy myśląc o tym, czy jesteśmy dość przystojni, czy jesteśmy godni, myśląc „co ona sobie pomyśli?” i wiele innych rzeczy. Trzeba się po prostu skupić na tym, co jest ważne. Co jest ważne? To że taki proces istnieje. Świadomość że pewien procent kobiet z automatu będzie na mnie reagować. Ten procent będzie większy, jeśli ja będę rozwijał swoją osobowość i to kim jestem. Bo to jest też definicja misji życia każdego z nas – żeby się rozwijać.

D: I Ostatnie pytanie – jakie jest Twoje przesłanie do mężczyzn?

T: Możesz więcej, niż Ci się wydawało że możesz. I to jest pewne, nie ma nad tym znaku zapytania. Potrzebujesz do tego możliwie najlepszych wzorców. Trzeba podążać za swoimi marzeniami. Jeżeli w pewnym momencie swojego życia przestałeś marzyć i skupiłeś się na szarej rzeczywistości, to możesz winić tylko siebie. Kogokolwiek pytałem z ludzi sukcesu, czy to ludzi którzy mieli wiele kobiet w życiu, czy osoby które w biznesie były bardzo rozwinięte, wszyscy jednogłośnie twierdzili „a bo ja byłem takim marzycielem”. Mówią – ja marzyłem o tym, że już jestem (i to ważne – „już jestem”) kimś kto cieszy się dużym powodzeniem, kto w biznesie zdobywa szczyty, kto rozwija organizację. Nawet kwestie posiadania – ktoś marzył o naprawdę pięknym samochodzie i rozwinął biznes, by po prostu móc sobie takie rzeczy kupić. To co ich prowadziło, to są marzenia. To, plus konsekwencja której często nam brakuje, plus odwołanie się do najbardziej podstawowych męskich wartości, do elementów męskiej tożsamości, to jest moim zdaniem recepta na sukces.

D: Dziękuję za rozmowę.

T: Dziękuję.


Jeśli tematyka Was zainteresowała, to Tomka (Tupaka) możecie bliżej poznać na jego stronie Ballsrevolution.pl – polecam zapoznanie się z artykułami.